Donald Tusk. Król Europy ani myśli o żyrandolu

Czytaj dalej
Fot. brak
Wojciech Czabanowski

Donald Tusk. Król Europy ani myśli o żyrandolu

Wojciech Czabanowski

Donald Tusk był już w Polsce najdłużej urzędującym premierem, a prezydentem nie chce być, ponieważ to stanowisko nie łączy się ze sprawowaniem realnej władzy. Tusk nie chce „pilnować żyrandola”. O co więc mu chodzi? Dlaczego wrócił do Polski, jeśli osiągnął tu już wszystko?

W III RP do tej pory nikt nie osiągnął więcej w polityce. Również na arenie międzynarodowej osiągnięcia Tuska w okresie powojennym przewyższa być może jedynie - toutes proportions gardées - Karol Wojtyła, św. Jan Paweł II.

Dlatego można być niemal pewnym, że powrót Tuska do polskiej polityki nie jest motywowany jedynie chęcią przejęcia władzy w kraju. To byłby dla niego zbyt skromny cel. Przejęcie władzy w kraju potrzebne jest do realizacji o wiele ważniejszego i bardziej prestiżowego dla samego byłego premiera, jak i Polski zadania. Na świecie istnieje tylko jedno stanowisko, którym Donald Tusk może być naprawdę zainteresowany - przewodniczący Komisji Europejskiej.

Pod koniec 2024 roku końca dobiegnie kadencja obecnej przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen. Teoretycznie Niemka może zostać wybrana na kolejną pięcioletnią kadencję, ale nie jest to wcale pewne. Co bardzo ważne, do tej pory urząd przewodniczącego komisji sprawowany był jedynie przez polityków pochodzących z państw tzw. starej Europy. Nastroje w Brukseli oraz zwyczajne poczucie sprawiedliwości mogą wskazywać, że najwyższy czas, aby tę - najważniejszą w Europe funkcję - objął ktoś z Europy środkowo-wschodniej.

Taki przewodniczący mógłby stanowić w przekonaniu europejskich elit ważny symbol, służący jednoczeniu obywateli krajów „nowej Europy” wokół idei integracji europejskiej, zwłaszcza że wiele z nich wyraża wątpliwości co do obecnej formuły Unii Europejskiej. Po Brexicie takie nastroje wśród mieszkańców i elit stanowią nie tylko marginalny polityczny folklor, ale realne zagrożenie dla jedności, a co za tym idzie potęgi gospodarczej i politycznej Unii.

Poszukiwany kandydat z doświadczeniem

Tusk ma na to stanowisko doskonałe kwalifikacje. Niewiele osób na świecie, a tym mniej z naszej części Europy może pochwalić się w CV pełnieniem jednej z najwyższych funkcji w Unii Europejskiej. To doskonała i chyba jedyna tak mocna referencja, by pełnić inne najwyższe stanowisko w tej organizacji. Donald Tusk jest też aktualnym przewodniczącym Europejskiej Partii Ludowej, największej partii w europarlamencie. Jest czymś naturalnym w demokracjach parlamentarnych, że szefem rządu zostaje szef największej partii. A przewodniczący komisji to jakby europejski premier.

Ponieważ Tusk w polityce krajowej osiągnął praktycznie wszystko, realistycznie może chcieć aspirować jedynie do osiągnięcia czegoś na poziomie międzynarodowym. Polityk z takim dorobkiem może pragnąć już tylko tego, by „zapisać się na kartach historii”, i by jego nazwisko było na kartach szkolnych podręczników, a tego Tusk jeszcze nie dokonał. Z całą pewnością zostanie pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej z „nowej Europy” dałoby mu miejsce w historii. Byłby to wielki sukces osobisty, ale dla Polski wydarzenie, które byłoby - znów - porównywane do wyboru Polaka na papieża. Na tym jednak ambicje Tuska z całą pewnością się nie kończą.

Schyłek eurosceptycyzmu

Kryzys pandemiczny pokazał europejskim politykom i społeczeństwom, że wiele zadań można skutecznie koordynować jedynie na poziomie ponadnarodowym. Najlepiej ogólnoświatowym, a przynajmniej kontynentalnym. Przekonanie to może spowodować odwrócenie się wahadła nastrojów społecznych, które od wielu lat przechylało się w stronę eurosceptycyzmu, na korzyść euroentuzjazmu. Tusk i europejskie elity polityczne świadome są, że - aby stawić czoła wyzwaniom współczesnego świata z dziedziny polityki zdrowotnej, polityki energetycznej, obronności, polityki migracyjnej, praworządności oraz polityki klimatycznej - konieczny jest nowy traktat europejski, a najprawdopodobniej powrót do pomysłu konstytucji europejskiej, choć w zupełnie innym niż w pierwszej połowie lat dwutysięcznych kształcie.

Tusk zapewne chce zostać nie tylko pierwszym przewodniczącym KE z naszej części Europy, ale również tym, który doprowadzi Unię do nowego traktatu lub konstytucji, bez wątpienia mającej być krokiem w stronę federalizacji po to, by spróbować uczynić Europę jednym ze światowych mocarstw, mogącym rywalizować z Chinami czy Stanami Zjednoczonymi, a o wiele słabszej Rosji po prostu dyktować warunki współpracy.

Tymczasowy powrót #do Polski

Powrót Tuska do polskiej polityki jest zatem jedynie działaniem przygotowawczym, mającym na celu umożliwienie mu realizacji o wiele poważniejszych wyzwań. Być może zdaje sobie z tego sprawę i Borys Budka, i Rafał Trzaskowski, i inni liderzy Platformy Obywatelskiej, tak skwapliwie godzący się na przejęcie władzy przez legendarnego już przywódcę. Rozumieją bowiem, że jego powrót jest tylko czasowy i ma służyć katapultowaniu Tuska na najważniejsze stanowisko w tej części świata. Do tego potrzebne jest zwycięstwo nad PiS-em w najbliższych wyborach oraz szybkie - będzie na to tylko rok - uporządkowanie problemów z praworządnością w Polsce.

Co jednak zaskakujące, w przypadku zwycięstwa opozycji ta ostatnia sprawa może zostać błyskawicznie rozwiązana. Mało kto zwrócił bowiem uwagę, że polska opozycja otrzymała (w zasadzie przeoczony lub nieeksponowany w tym kontekście przez polityków i publicystów) sygnał z TSUE. Orzeczenie TSUE w sprawie izby dyscyplinarnej Sądu Najwyższego nie było ważne dlatego, że miało mieć jakieś skutki dla indywidualnych osób, takich jak sędzia Tuleja, ale dlatego, że było „puszczeniem oczka” do osób zainteresowanych odebraniem PiS-owi władzy. TSUE powiedziało po prostu: „W podobny sposób pomożemy wam uznać za nielegalne wszystkie inne kluczowe sądy i oczyścić wymiar sprawiedliwości z pisowskich nominatów”. Nie bez powodu wyrok ten zapadł w sprawie izby dyscyplinarnej, a nie jakiegoś innego sądu, ponieważ nielegalność izby dyscyplinarnej Sądu Najwyższego nie wpływa na zwykłych obywateli i pewność prawa w zakresie załatwiania przed sądem ich codziennych spraw, na przykład spadków i rozwodów. O ile tego sygnału w żaden sposób nie podjęła polska opozycja ani publicyści, to jestem przekonany, że doskonale rozumie go Tusk i zamierza z tej ścieżki skorzystać na drodze do realizacji swoich celów.

Wojciech Czabanowski

Komentarze

2
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Małgorzata S

A ja tak sobie myślę, że po unijnych pensyjkach pensja prezydenta Polski po prostu za niska. Każdy minister więcej zarabia niż prezydent, ot co.

Zbigniew Rusek

Ale absurd!!! Prezydent "nie ma realnej władzy', chociaż jest wyłaniany przez Naród w wyborach bezpośrednich, a premier - który nie pochodzi z wyborów bezpośrednich - jest niemalże dyktatorem. To premier nie powinien mieć realnej władzy, gdyż Naród go nie wybiera. Premier i demokracja to są sprzeczne pojęcia i w praktyce nie ma demokracji, lecz DYKTATURA PREMIERA.

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.