Dobrą koniunkturę gospodarczą trzeba wykorzystywać i... przygotować się na trudniejsze czasy

Czytaj dalej
Fot. Pixabay.com
Agaton Koziński

Dobrą koniunkturę gospodarczą trzeba wykorzystywać i... przygotować się na trudniejsze czasy

Agaton Koziński

Obecnie rosną i gospodarki wschodzące, i rozwinięte. Wcześniej rośli albo jedni, albo drudzy. Teraz w górę idą niemalże wszyscy. Mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie spotykaliśmy się przez ostatnie dekady - mówi prof. Jerzy Hausner, były wicepremier w rządach Leszka Millera i Marka Belki

Dobrze już było czy dobrze dopiero będzie?

Dobrze jest.

Jest i będzie?

To zależy, o jaką perspektywę pan pyta.

Długofalową. Ostatnie kwartały to wyjątkowo wysokie tempo rozwoju gospodarki Polski. Uda nam się te wyniki poprawić w przewidywalnej przyszłości?

Polska gospodarka znajduje się w fazie wysokiej koniunktury i w tym roku utrzymamy wysokie tempo wzrostu. Wyżej niż w poprzednim roku raczej nie będzie, ale wynik powinien być porównywalny.

A w roku następnym?

Analizy mojego uczelnianego zespołu wykazują, że dynamika wzrostu powoli zacznie hamować. Już w tym roku obniży się trochę tempo wzrostu konsumpcji oraz produkcji przemysłowej.

Z drugiej strony, wyraźnie widać, że drgnęły inwestycje, i to się powinno utrzymać.

Tak, ruszyły inwestycje publiczne, widać lepszą dynamikę w inwestycjach prywatnych. Dlatego nie zamierzam twierdzić, że wzrost PKB w 2019 r. się załamie. Mówię tylko, że tempo wzrostu zwolni. A przy tym poziom inwestycji jest ciągle niezadowalający.

Ich poziom jest niższy niż w 2015 r.

Ciągle tego poziomu nie odbudowaliśmy po silnym osłabieniu w 2016 r. W poprzednim roku one poszły w górę, ale nie tak bardzo, jak spadły w 2016 r.

W „Planie Morawieckiego” zapisano wzrost poziomu inwestycji do 25 proc. w stosunku do PKB w 2025 r. Dziś to około 18 proc.

Plan to jedno i widać, że to nie wychodzi. Ważniejsze jednak, że zamiast iść w górę, osunęliśmy się w tym względzie. A to oznacza, że nie podnosimy naszego potencjału gospodarczego. Obecne wysokie tempo wzrostu PKB jest wyraźnie powyżej produktu potencjalnego.

Problemem jest, że PKB rośnie szybciej niż założenia?

Nie chodzi o założenia, ale o relację dynamiki wzrostu do potencjału gospodarki. Jeśli tempo wzrostu jest wyraźnie powyżej produktu potencjalnego, to pojawia się makroekonomiczna nierównowaga. A to spowoduje z czasem odczuwalne obniżenie dynamiki wzrostu. Rośniemy szybko, ale to może spowodować, że przyszłe osłabienie będzie mocniejsze. A nam powinno zależeć na tym, by utrzymać wysoką dynamikę wzrostu w długim okresie, bo dzięki temu utrzymujemy w ryzach finanse publiczne. Gdyby natomiast dynamika wzrostu wyraźnie osłabła, zaczną się kłopoty.

W 2017 r. rzeczywiście liczby robiły wrażenie - 5,1 proc. wzrostu PKB w ostatnim kwartale, 4,6 proc. w całym roku.

Zakładam, że w tym roku możemy mieć podobne rezultaty, pewnie niewiele gorsze. Pytanie, co się stanie w roku 2019. Gdyby wtedy dynamika wzrostu spadła nam do 3,5 proc., nie byłoby powodu do zmartwienia.

Nie było? Mimo spadku o jeden punkt procentowy?

Wtedy nasz wzrost byłby zbliżony do produktu potencjalnego, a takie tempo wzrostu pozwala unikać makroekonomicznych napięć.

Według Pana lepiej mieć przez trzy kolejne lata wzrost rzędu 3,5 proc. niż raz 5 proc., a potem po 2,5 proc. - bo w tym drugim przypadku pojawiają się napięcia?

Nie chodzi o sam poziom wzrostu PKB, ale o wahanie dynamiki wzrostu. Lepiej, aby przy relatywnie wysokim tempie nie było jego dużych wahań. Jeśli tempo jest wyśrubowane, zwłaszcza przez jego pobudzanie dużym wzrostem wydatków publicznych, to gospodarka dostanie zadyszki. Przewiduję, że w 2019 r. gospodarka wyhamuje. Problem w tym jak bardzo. Jeśli zejdziemy do poziomu 3,5 proc. wzrostu, to będzie dobrze. Jeśli do poziomu 2,5 proc., to pojawią się poważne problemy. Jeśli do poziomu 1,5 proc., to będzie dramat.

Jakie jest ryzyko takiego tąpnięcia?

Wykluczyć go nie można, choć prawdopodobieństwo nie jest wysokie. Ponadto nie można myśleć tylko o roku 2019. Hamowanie wystąpi w tym roku, ale trend spadkowy się od razu nie odwróci. Jak gospodarka jest rozkręcona, to dynamika w jednym sektorze pobudza dynamikę w innych. Ale jeśli pojawiają się spadki, to przenoszą się zasadniczo w ten sam sposób. Jak jesteśmy rozpędzeni, to łatwo wjechać w górę. Jak zjeżdżamy w dół, to trudno się zatrzymać. To, co się stanie, zależy nie tylko od naszej gospodarki, ale też od koniunktury światowej.

Niemcy przekroczyły w ub.r. 2 proc. wzrostu PKB. To ich najlepszy wynik od 2011 r.

Szybko rozwijają się nie tylko Niemcy, ale właściwie cała Europa. Obecnie rosną i gospodarki wschodzące, i rozwinięte. Wcześniej rośli albo jedni, albo drudzy. Teraz w górę idą niemalże wszyscy. Mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie spotykaliśmy się przez ostatnie dekady.

Na początku 2008 r. też wszyscy rośli, ale w połowie roku upadł Lehman Brothers i zaczął się kryzys. Będzie powtórka?

Wtedy koniunktura światowa była dobra, ale w poszczególnych regionach była zróżnicowana. Ale nie można patrzeć na sam wzrost, trzeba też oceniać, z czego się bierze, jaka jest jego struktura i jaki rodzaj zadłużeń generuje.

Widzi Pan jakieś rodzące się bańki, które mogą wygenerować kolejny kryzys?

W Polsce bańka nabrzmiewa na rynku mieszkaniowym. Widać wyraźnie, że ruszyła akcja kredytowa. Jest ona ostrożniejsza niż kilkanaście lat temu, ale ceny mieszkań zaczęły rosnąć, a Polacy, widząc, że ceny rosną, zaczynają kupować, by na relatywnie niskich cenach skorzystać. To też lokata oszczędności.

Mówi Pan o zagrożeniu potencjalnym - to znaczy w najbliższym czasie kryzysu spodziewać się nie należy?

Stwierdzam wyraźnie, że bezpośredniego poważnego zagrożenia w polskiej gospodarce nie dostrzegam. Widzę natomiast narastanie wielu problemów w średnim i długim okresie. Ale podczas obserwacji gospodarki światowej wyraźnie widać mocne przeszacowanie aktywów. Wystarczy spojrzeć, jak wysoko są indeksy najważniejszych giełd na świecie. W dodatku niektóre aktywa rosną zaskakująco szybko - nawet biorąc pod uwagę dobrą koniunkturę. Tu tąpnięcie jest za rogiem. Jest oczekiwane, a to oznacza, że w każdym momencie jakiś czynnik może wywołać lawinę głębokich spadków.

Gra spekulacyjna?

Trwa na całego. Widać, że coraz bardziej rozchodzi się to, co się dzieje w realnej gospodarce i na rynkach kapitałowych. Wcześniej czy później to znów wybuchnie.

Polska giełda nie urosła tak bardzo jak amerykańska, ale mimo to spodziewa się Pan w przyszłym roku tąpnięcia.

Polska giełda jest echem giełd światowych. W naszej gospodarce ma jednak małe znaczenie. Zastanawiajmy się raczej, jak uniknąć głębokiego wyhamowania w gospodarce realnej.

Co można zrobić?

Na pewno rozwiązaniem nie jest pobudzanie koniunktury wydatkami publicznymi. Wprawdzie w ten sposób można wyciągnąć wyniki powyżej potencjału, ale później to się obróci przeciwko.

Jakie inne narzędzia ma rząd do dyspozycji?

Każda poważna rozmowa o gospodarce musi mieć trzy wymiary. Pierwszy - koniunkturalny, przed chwilą o nim rozmawialiśmy.

Drugi wymiar?

Strukturalny. Dobrą koniunkturę należy wykorzystywać po to, by poprawiać strukturalnie gospodarkę, aby podnieść jej potencjał i przygotować ją na trudniejsze czasy.

W jaki sposób?

Idzie o wzrost produktywności czynników wytwórczych. Chodzi o lepsze, efektywniejsze wykorzystanie różnego rodzaju zasobów i kapitału. To uzyskuje się, inwestując i wprowadzając innowacje. Jest to dla nas kluczowy problem, gdyż będziemy mieli coraz mniejsze zasoby pracy.

Już teraz bardzo trudno znaleźć pracownika, a na emeryturę odchodzą pokolenia powojennego wyżu demograficznego.

To pokazuje skalę wyzwania. Na to jeszcze nakłada się wymiar trzeci: rozwojowy. Idzie tu o podjęcie najważniejszych wyzwań rozwojowych, przed którymi stają dane społeczeństwo i jego gospodarka.

Mateusz Morawiecki opisał to w „Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju”.

Ten plan dotyczy po części zagadnień strukturalnych, a po części rozwojowych. Na pewno jest dobrze, gdy jedne są sprzęgnięte z drugimi, gdy zmiana strukturalna służy realizacji dalekosiężnych celów rozwojowych. Gdy przyjrzymy się bliżej temu, co się faktycznie dzieje, to pojawia się obawa, czy te zmiany strukturalne, które obecnie zachodzą, pozwolą nam sprostać wyzwaniom rozwojowym.

Na czym dokładnie ta obawa polega?

O inwestycjach już mówiliśmy. Widać, że w tej dziedzinie przełomu nie ma. Oszczędności - one nie rosną. A to przecież był kolejny ważny punkt „Planu Morawieckiego”.

Poziom oszczędności, jaki mają w bankach Polacy, ciągle rośnie.

Ale poziom oszczędności krajowych, mierzonych jako odsetek PKB, jest wciąż niezmiennie niski. I nie rośnie, bo coraz więcej przeznaczamy na konsumpcję. Kolejne niepowodzenie.

Lista jest dłuższa?

Tak. Ważna teza premiera Mateusza Morawieckiego brzmiała: chcemy zmniejszyć finansowanie wzrostu długiem, w szczególności długiem zagranicznym. Stało się odwrotnie, udział zagranicznych inwestorów w finansowaniu polskiego zadłużenia wzrósł o mniej więcej 1 pkt proc. A był zbyt wysoki. Problem się pogłębia, bowiem rentowność naszych skarbowych papierów dłużnych jest wyraźnie wyższa niż nie tylko w przypadku gospodarek rozwiniętych, ale także gospodarek naszego regionu. Podczas gdy rentowność polskich 10-latek wynosi 3,5 proc., niemieckich jedynie 0,7 proc., francuskich 1,0 proc, a węgierskich 2,25 proc. To znaczy, że my pożyczamy na wyraźnie wyższy procent niż inni. Te dane odzwierciedlają wycenę ryzyka związanego z inwestowaniem w danym kraju.

Można to rozwiązać na dwa sposoby: albo przestać się zadłużać, czyli zlikwidować deficyt budżetowy, albo zacząć sprzedawać obligacje rządowe w kraju. Któryś z tych scenariuszy jest możliwy?

Należy robić jedno i drugie. Przy tak wysokim wzroście gospodarczym jak teraz należy obniżyć poziom deficytu budżetowego i to tak mocno, by w budżecie pierwotnym - bez kosztu obsługi długu - pojawiła się trwała nadwyżka.

Za 2017 r. Polska ma deficyt poniżej 1,5 proc. Najniższy od wielu lat.

Nawet przy tak dobrej koniunkturze wydatki publiczne były wyższe niż dochody. W efekcie jeszcze bardziej zadłużyliśmy się za granicą, choć miało być inaczej.

Nie zapowiada się, by miało się to zmienić w najbliższej przyszłości.

Kolejny element: innowacyjność. Co mówił premier Morawiecki? Że mamy się rozwijać w większym stopniu w oparciu o innowacyjność, że zwiększy się w eksporcie liczba produktów zaawansowanych technicznie. Nic istotnego się jeszcze w tym względzie nie zmieniło. Wszystkie wskaźniki mierzące innowacyjność w latach 2016-2017 się pogorszyły w stosunku do roku 2015.

To wszystko są filary, na których oparto „Plan Morawieckiego”.

Publicznie chwaliłem ten dokument, podkreślałem, że właściwie ujęto tam wiele zagadnień, że to właściwa koncepcja gospodarcza. Przykładowo, doceniałem to, że wzrost ma być w większym stopniu oparty na inwestycjach krajowych, w mniejszym - na zagranicznych. Ale tak się nie dzieje. W planie znalazły się zapisy o wspieraniu małych i średnich firm, przede wszystkim po to, by nie zostały zdominowane przez wielkie korporacje. Tutaj też nic się nie zmieniło. Na dziś przedsiębiorstwa duże, w tym zagraniczne, mają się znacznie lepiej niż średnie i małe. To w nich kumulują się problemy i zagrożenia. Wniosek: program premiera Morawieckiego nie jest skutecznie realizowany.

Brzmi brutalnie dla premiera.

Nie bawię się w atakowanie premiera. Opisuję rzeczywistość gospodarczą, nie feruję wyroków. Stwierdzam, że średniookresowe strukturalne cele tego programu nie są osiągane lub są osiągane w niewielkim stopniu. A to dla mnie oznacza, że nie będziemy w stanie sprostać długofalowym wyzwaniom. Nie wykorzystamy naszych szans i nie zapobiegniemy zagrożeniom. Tylko tyle i aż tyle. A będzie trudniej, bo między innymi należy oczekiwać przyspieszenia inflacji.

Mateusz Morawiecki wskazał dwie konkretne miary swojego planu: milion aut elektrycznych w 2025 r. oraz Centralny Port Komunikacyjny. To realne?

W ten milion aut, wyprodukowanych, a nie tylko zmontowanych, w Polsce nie wierzę, to zamki na piasku. Inaczej z CPK. Jeśli to przedsięwzięcie będzie w dużej części finansowane przez kapitał prywatny, to przyznam, że ten projekt ma sens. Ja się takich inwestycji infrastrukturalnych nie boję, ale chciałbym, aby powstawały one z dominującym udziałem prywatnego kapitału. Jeśli on wejdzie, jest to sygnał, że inwestycja będzie opłacalna. Tak powstała Gdynia - i ona się broni do dziś.

Agaton Koziński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.