Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Anna Gronczewska

Dawna Łódź: Od roweru do automobillu, czyli rozrywki łódzkiej burżuazji

Fabrykanci z Łodzi tworzyli łódzki sport. Zakładali między innymi towarzystwa cyklistów Fot. Archiwum Muzeum Miasta Łodzi Fabrykanci z Łodzi tworzyli łódzki sport. Zakładali między innymi towarzystwa cyklistów
Anna Gronczewska

Fabrykanci lubili się bawić. Zwłaszcza potomkowie tych, którzy osiedli się w Łodzi. Nie tylko bywali na balach sylwestrowych i karnawałowych. Dzięki nim rozwinął się w mieście sport, bo to fabrykanci zakładali pierwsze kluby sportowe. To oni byli też właścicielami pierwszych w mieście rowerów i aut.

Sport i rywalizacja zajmowały zawsze ważne miejsce w życiu łódzkiej burżuazji. Stały się pasją, hobby, ale też szansą pokazania się w towarzystwie.

Pierwsi byli strzelcy

Najstarszą organizacją sportową w mieście było Łódzkie Towarzyskie Strzeleckie. Powstało w 1824 roku, a więc gdy dopiero rozpoczynał się przemysłowy rozwój miasta. Towarzystwo założono głównie z myślą o coraz liczniej przybywających do Łodzi niemieckich osadnikach. Zwykle w okolicy Zielonych Świątek organizowano dwudniowe zawody na których wybierano króla kurkowego. Organizowano też zawody o „premię królewską” czy „strzelanie do ptaka”. Wielu członków towarzystwa, oprócz rzemieślników, stanowili właśnie fabrykanci.

Fabrykanci z Łodzi tworzyli łódzki sport. Zakładali między innymi towarzystwa cyklistów
Archiwum Muzeum Miasta Łodzi Wyścigi konne były ulubioną rozrywką burżuazji. Odbywały się m.in. na torze w Rudzie Pabianickiej

- Po godzinie szóstej strzelanie się zakończyło i wtedy część oddziału ruszyła w celu przyniesienia tarcz - tak jedna z gazet opisywała zawody strzeleckie w Łodzi. - Przy umyślnie ustawionym w ogrodzie stole nastąpiło obejrzenie tarczy, po czym spisano odpowiedni protokół i ogłoszono nazwisko nowego króla, marszałka. Wtedy wezwano dotychczasowych dygnitarzy, aby wystąpili przed front i oddali odznaki swej godności. Po przywdzianiu przez nowo wybranych tych odznak członkowie wykrzyknęli trzy razy: Hoch! To na cześć nowych dygnitarzy, po czym całe towarzystwo przedefilowało wolno wraz z orkiestrą wojskową przez ogród.

Wybór króla strzelców był zwykle połączony z balem. Brali w udział członkowie Łódzkiego Towarzystwa Strzeleckiego oraz ich żony. Jak zauważył Wacław Pawlak w książce „Minionych zabaw czar, czyli czas wolny i rozrywka w dawnej Łodzi”, większość żon zakładała na ten bal nie wykwintne suknie, ale tak zwane toalety mundurowe.

- Szare suknie z zielonymi wyłogami - wyjaśniał Wacław Pawlak. - Damy siedziały przy osobnych stolikach. Bal odbywał się na koszt nowego króla strzelców.

Do czołowych działaczy tego towarzystwa należeli między innymi Juliusz Heinzel, Emil Seelinger, Gustaw Schweikert, Paul Ramisch. Niektórzy tylko mogli z dumą nosić tytuł króla kurkowego, jak Teodor Kopisch czy Franciszek Kindermann.

Początkowo Łódzkie Towarzystwo Strzeleckie było niemieckim stowarzyszeniem. Polacy lub Żydzi dołączali do niego w drodze wyjątku. Na takiej zasadzie jego członkiem został Żyd Herman Konstadt.

Strzelectwo wiązało się z inna pasją fabrykantów, czyli myślistwem. Na polowania lubili jeździć do lasów sokolnickich. Należały one do rodzin Scheiblerów i Herbstów. Lubiono też polować w Łagiewnikach.

Towarzystwo cyklistów

Inną ulubioną rozrywką łódzkiej burżuazji były rowery. W 1886 roku powstało Łódzkie Towarzystwo Cyklistów. Założył je Robert Reesiger wraz z pięcioma innymi osobami, w tym Karolem i Ryszardem Steinertami, fabrykantami z Łodzi. W tym samym roku odbył się pierwszy wyścig kolarski na trasie Łódź - Ruda Pabianicka. Wybudowano też tor kolarski do ćwiczeń. Powstał na wynajętym placu przy ulicy Przejazd, tuż obok nowego kościoła, jak nazywano wtedy świątynię pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego. Wewnątrz toru urządzono też kort tenisowy.

- Towarzystwo stało się domeną młodych ludzi z zamożnych domów, ze środowiska fabrykanckiego Łodzi, Zgierza i Pabianic, którego „młodsza męska część” pasjonowała się tą dyscypliną - podkreślał profesor Stefan Pytlas, autor książki „Łódzka burżuazja przemysłowa w latach 1864 - 1914”. - Warunkiem członkostwa w klubie było opłacanie niemałej miesięcznej składki w wysokości pięciu rubli oraz posiadanie własnego welocypedu kosztującego około 120 rubli.

Fabrykanci z Łodzi tworzyli łódzki sport. Zakładali między innymi towarzystwa cyklistów
Archiwum Muzeum Miasta Łodzi Fabrykanci z Łodzi tworzyli łódzki sport. Zakładali między innymi towarzystwa cyklistów

Można długo wymieniać miłośników kolarstwa wśród łódzkiej burżuazji. Byli nimi na przykład Juliusz Teodor Heinzl, Adolf John, Bruno Biedermann. Kolarstwo pokochali też Robert junior i Alfred Biedermannowie, Emil i Ryszard Geyerowie oraz Leopold Kindermann. - Do lat dziewięćdziesiątych XIX wieku elitarne towarzystwo cyklistów skupiało niemal wyłącznie młodzież pochodzenia niemieckiego - twierdzi Stefan Pytlas.

Na przykład w 1893 roku był w nim tylko jeden jeden fabrykant pochodzenia żydowskiego, Władysław Baruch oraz kilku Polaków. Towarzystwo chciało zachować elitarny charakter. Jego członkiem nie mógł zostać przypadkowy człowiek. Bo Łódzkie Towarzystwo Cyklistów to nie tylko sport, ale też okazja do towarzyskich spotkań. Nie tylko dla swoich członków, ale też ich rodzin. Organizowano więc uroczyste śniadania, wieczorki „tańcujące”. Przed Bożym Narodzeniem obowiązkowo musiała być „gwiazdka”. „Wieczorki tańcujące” czy klubowe biesiady organizowano najczęściej w salach Grand Hotelu lub w „Paradise”. Sporo w Łodzi mówiło się o balach cyklistów. Były przygotowywane z wielką pompą, ale i szykiem. A brały w nich udział osoby z najwyższych łódzkich sfer.

- Na hucznych, tanecznych imprezach, na których noszono „kotyliony z przyborami”, a gustowne i kosztowne karnety (red - notesik służący dawniej kobietom na balu do wpisywania kolejności tańców i tancerzy) sprowadzano nawet z zagranicy, rzucały się w oczy bogate toalety dam i panien, „zasiane” zazwyczaj kwiatami dostarczanymi obficie przez rycersko uprzejmych gospodarzy imprezy

- tak opisywał imprezy cyklistów Stefan Pytlas cytując relacje prasowe z tamtych czasów. - Urządzano tu na przykład „łowy amora”, które były pretekstem do nawiązywania znajomości, flirtów, a nawet mariaży. Z każdego zakątka sali resursowej „Grand Hotelu”, gdzie odbywały się zabawy cyklistów, wyzierał pieniądz i rozkoszna atmosfera przepychu balowego.

Z czasem kolarstwo coraz bardziej się upowszechniało. W Łodzi powstawały kolejne kluby. Ale w ich zarządach znów zasiadali łódzcy fabrykanci. Jednym z założycieli Towarzystwa Welocypedystów „Union” był między innymi Artur Ramisch, a Teodor Finster tworzył łódzki oddział Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów. Był z nim związany także Stanisław Jarociński.

Z czasem kolarstwo zaczął wypierać tenis ziemny. Początkowo grano na kortach przy torze Łódzkiego Towarzystwa Cyklistów, później kort wybudowano w parku w Helenowie. Ale w 1919 roku założono w Łodzi „Łódzki Lawn - Tennis Club”. Jego założycielami byli Bruno Biedermann i Karol Wilhelm Scheibler. A działaczami zostali między innymi: Leon Grohman, Robert Steinert, Józef Richter. Znów był to bardzo elitarny klub.

- Członkami klubu mogły zostać osoby, które jednorazowo płaciły 50 rubli, musiały jeszcze opłacić roczną 50 rublową składkę - wyjaśniał Stefan Pytlas.

To jednak w tym klubie wychowali się znani w całej Polsce tenisiści, wywodzący się właśnie ze środowiska łódzkich przemysłowców. Byli to na przykład: Wiera Richter, Karol Steinert oraz Jerzy i Maksymilian Stolarow.

Co ciekawe łódzcy przemysłowcy promowali też... gimnastykę. Zakładali kluby gimnastyczne. Powstawały na przykład przy straży ogniowej. Jeden z takich klubów, powstały z inicjatywy prezesa łódzkiej straży ogniowej Ludwika Meyera, został przekształcony w 1907 roku w Łódzkie Towarzystwo Gimnastyczne „Siła”. A osoby pochodzenia niemieckiego skupiało towarzystwo „Aurora”. Inne z towarzystw gimnastycznych, „Wiek”, promowało nie tylko gimnastykę, ale też fechtunek (dawne określenie szermierki), łyżwiarstwo i piłkę nożną.

Auta na ulicach Łodzi

Jednak w pierwszej połowie XX wieku łódzka burżuazja miała już nową miłość. Zakochała się w automobilach. Pierwsze auta na ulicach pojawiły na początku XX wieku. I ponoć budził wielką sensację.- Do pierwszych nabywców „nowych cudów techniki” już w 1902 roku należeli przemysłowcy - tłumaczył Stefan Pytlas. - Ich zakup wynikał z celów praktycznych, ale i ze względów sportowo-rozrywkowych. Zaistniała możliwość kolejnej, szalonej rozrywki. Poza tym posiadanie „nowoczesnej maszyny” potrzebne było dla opraw eleganckich strojów, podniesienia prestiżu, wyróżnienia się z tłumu. Dotychczasowy, jeden zresztą z wielu, wyróżnik sfer zamożnych - rozmaite pojazdy konne - z wolna przestawał wystarczać.

Do wybuchu I wojny światowej auta kupowali najbogatsi. Powozy na łódzkich ulicach nie należały do rzadkości. Niektóre były zresztą bardzo eleganckie i warte fortunę. Na przykład Ludwik Geyer jeździł w XIX wieku tak zwaną saską bryczką, zaprzężoną w jednego konia. Z czasem przesiadł się do powozu na resorach, z tak zwanym fordeklem, czyli przednim wachlarzem. A Teodor Kopisch jeździł powozem zaprzężonym w kilka koni z piękną uprzężą. Baron Juliusz Heinzel przemierzał Łódź karetą. Powozy do Łodzi przywożono z Berlina i Wiednia.

Wyśmienite, eleganckie powozy i karety zaczęto produkować na miejscu - w fabryce Alfreda Zommera. Jak podaje Stefan Pytlas, w 1906 roku Zommer otrzymał on złoty medal na wystawie w Antwerpii za „luksusową karetę”.

Fabrykanci z Łodzi tworzyli łódzki sport. Zakładali między innymi towarzystwa cyklistów
Archiwum Muzeum Miasta Łodzi Z czasem dorożki zostały zastąpone przez automobille

Automobile sprawiły, że karety i powozy zaczęły powoli odchodzić do lamusa. Już w 1908 roku powstał Łódzki Klub Automobilowy. Jego założycielami byli inżynier Hoffman oraz przemysłowiec Karol Bennich junior i kupiec - finansista Alfred Landau. Był to drugi taki klub w Królestwie Polskim. I znów był elitarnym stowarzyszeniem. - Jego członkiem zostawało się dożywotnio po wpłacie 500 rubli lub jednorazowo 50 rubli, a potem należało corocznie wpłacać znów 30 rubli - zauważył Stefan Pytlas.

Nieznane są nazwiska pierwszych członków klubu, ale wiadomo którzy z łódzkich fabrykantów jako pierwsi kupili sobie auta. Już w 1906 roku szczęśliwym posiadaczem automobilu został Maurycy Poznański. Auto miał również wielki miłośnik motoryzacji Karol Bennich junior. W 1911 roku w Łodzi były już 23 automobile.

Takimi pojazdami jeździli między innymi Julisz Teodor Heinzel, Oskar i Robert Schweikertowie, Robert Geyer, Stanisław Silberstein, Karol Eisert. W 1914 roku w Łodzi zarejestrowano 44 auta, z których aż 75 procent należało do fabrykantów. Na przykład dwa auta posiadał Jakub Hertz, zięć Izraela Poznańskiego. Jednym z nich był zakupiony w Paryżu „Delleus-Belleville”, posiadający niebotyczną jak na tamte czasy moc 25 koni mechanicznych. Mogło nim podróżować sześć osób. Było to niewątpliwie najlepsze auto jakie pojawiło się na ulicach ówczesnej Łodzi. Niewiele gorszy samochody mieli Juliusz Teodor Heinzl i Ernst Leonhardt.

Łódzcy fabrykanci najchętniej kupowali auta marki „Benz”, ale powodzenie miały też „Matissy”, „Adlery”, „Mercedesy”, „Daimlery”. „Protosy” czy sprowadzane z Antwerpii „Minerwo”. Wielu z fabrykantów miało szoferów, choć wielu lubiło samemu prowadzić auto. Nie brakowało też wśród nich miłośników sportów automobilowych. Uprawiał je na przykład Karol Bennich junior, a Adolf John był członkiem klubu automobilowego w Wiedniu. Prawo jazdy mieli między innymi Juliusz Teodor Heinzel, Albert Steingert.

Pokochali także konie

Inną rozrywką bogatych łodzian była hippika i wyścigi konne. Konie były pasją wielu łódzkich fabrykantów. Ci najzamożniejsi byli właścicielami klaczy i rumaków. Wartość każdego z nich przekraczała często niebagatelną - jak na tamte czasy - kwotę tysiąca rubli. Tyle, że nie zawsze w parze z posiadaniem koni, szły umiejętności jazdy. Łódzkie gazety z tamtych czasów chętnie opisywały wypadki niefortunnych jeźdźców. - Na ulicy Piotrkowskiej jakiś jegomość używał przejażdżki na dzielnym koniu - czytamy w „Dzienniku Łódzkim” z 1886 roku. - Naraz rumak zląkłszy się wyładowanej fury skoczył w bok, a niefortunny jeździec, spadając pozostawił w strzemionach ogromne, myśliwskie buty. Koń pomknął cwałem dalej, a jeździec w skarpetkach, przebrnąwszy przez kałużę błota, siadł w dorożkę i prawdopodobnie już bez wypadku dojechał do domu

Fabrykanci z Łodzi tworzyli łódzki sport. Zakładali między innymi towarzystwa cyklistów
Archiwum Muzeum Miasta Łodzi Rodzina Heinzlów podróżowała luksusowymi dorożkami

Miłość do koni sprawiła, że łódzka elita coraz głośniej mówiła o otwarciu toru wyścigów konnych. Wielkim propagatorem wszelkich sportów konnych był zwłaszcza niejaki A. Kosiński, właściciel ujeżdżalni przy ulicy Nowospacerowej (dziś aleja Kościuszki).

W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku powołano do życia Towarzystwo Zachęty Wyścigów Konnych. Na jego czele stanął Konstanty Miller, gubernator piotrkowski. Zastępcą został hrabia Albert Wielkopolski. W skład zarządu towarzystwa weszła elita łódzkich przemysłowców: Maurycy Poznański, Alfred John, Stefan Barciński i baron Juliusz Heinzel.

Heinzel to wielki miłośnik koni, jak na arystokratę z tytułem przystało. Był właścicielem wielu dorodnych rumaków, które hodował w Julianowie. Marzył, by tam utworzyć tory wyścigów konnych. Kosztowałoby to około 60 tysięcy rubli. Tak więc marzeń nie zrealizował. Nie doczekał też utworzenia torów wyścigów konnych w Rudzie Pabianickiej, bo zmarł w 1895 roku. Ale ideą zaraził swego syna i spadkobiercę, Juliusza Teodora Heinzla, też wielkiego miłośnika jeździectwa. Na Julianowie miał stajnie koni wyścigowych. Tam także organizował pierwsze wyścigi. Miały charakter amatorski.

Do pierwszych poważniejszych wyścigów konnych doszło w 1902 roku na polach majątku w Rudzie Pabianickiej. Wyścigom towarzyszył pokaz powozów łódzkiej burżuazji. Zaprezentowano dwadzieścia cztery, a każdy z nich był ozdobiony pięknymi kwiatami. Te pierwsze wyścigi odbyły się głównie dzięki staraniom Kosińskiego, wspomnianego wcześniej właściciela ujeżdżalni. Stanęło do nich 17 koni. Dochód z tej imprezy przeznaczono na rzecz Łódzkiego Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności. Przez następnych kilka lat w okolicach Łodzi nie było wyścigów konnych. Trzeba było na nie poczekać aż do 1907 roku. Wtedy w Rudzie Pabianickiej otwarto regularny tor wyścigowy.

Jeszcze w XIX wieku konie świadczyły o zamożności. Na przykład Karol Scheibler posiadał aż 16 rumaków. Do Juliusza Heinzla należało tylko osiem, a do zięcia Scheiblera, Edwarda Herbsta - sześć.

Kiedy w Rudzie Pabianickiej otwarto wyścigi konne przemysłowcy wystawiali w gonitwach swoje rumaki. Na przykład w 1910 roku koń ze stajni Karola Poznańskiego, ogier Kasztelan, dosiadany przez dżokeja Stramińskiego wygrał gonitwę otwarcia i zgarnął nagrodę otwarcia, czyli około 800 rubli. Wyścigi wygrywały też konie Roberta Schweikerta i Gustawa Geyera. Zresztą gonitwy w Rudzie wzbudzały wielkie emocje i zainteresowanie.

- Mają kolor te łódzkie wyścigi - pisał Zygmunt Bortkiewicz, znany łódzki dziennikarz z początku XX wieku, który był też mężem popularnej aktorki Mieczysławy Ćwiklińskiej. - Barwnie, choć nie zawsze z dobrym gustem ustrojone panie, ogniste kurtki panów dżokejów, połyskliwe końskie kadłuby. Nad nimi pełna powietrza i blasku, spodem przestrzeń zieleni. Pań urodziwych, a nawet wdzięcznych w mowie i ruchach na tym torze sporo. I młodych, świeżych, winnych, niewinnych. A obok mężowie, ojcowie. Ścisk, gwar na trybunie dla sędziów i prasy. Zatargów i nieporozumień mnóstwo, bo z różnych żywiołów zebrany tłum trudno się godzi. Rojno, szumno gwarno. Piwno, szampańsko. Dziedzice firmy i fortuny rozprawiają przy bufecie szeroko.

Fabrykanci byli też kolekcjonerami dzieł sztuki. Tak jak Karol Eisert. Był właścicielem fabryki przy ul. Karola (dziś Żwirki). Po wojnie stała się „Norbelaną”. Ale praca nie przesłaniała mu całego życia. Karol Eiesert miał w swej kolekcji prace Jana Matejki. Antoona van Dycka. Kiedy w 1938 roku w setną rocznicę urodzin Jana Matejki Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie organizowało z tej okazji wystawę, Eisert zaprezentował na niej dzieła ze swej kolekcji.

- Przesyłam obraz Jana Matejki „Alchemik Sędziwój i król Zygmunt III” - czytamy we fragmencie listu wystanego do Warszawy, który zacytował w książce poświęconej rodom fabrykanckim Leszek Skrzydło. - Obraz ten kupiłem za 25 tysięcy złotych. Proszę o wydanie odbiorcy pokwitowania z odbioru obrazu.

W tym samym 1938 roku przekazał 22 obrazy ze swojej kolekcji tworzonemu Muzeum Historii i Sztuki w Łodzi, które było protoplastą Muzeum Sztuki. Niestety, dwanaście z tych obrazów zaginęło podczas II wojny światowej.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.