Czy potomkowie zwyrodnialców mogą być partnerami we wspólnej Europie?

Czytaj dalej
Fot. Fot.dariusz gdesz
Krzysztof Ogiolda

Czy potomkowie zwyrodnialców mogą być partnerami we wspólnej Europie?

Krzysztof Ogiolda

Relacje polsko-niemieckie są dziś lekko schizofreniczne. Ludzie w obu krajach wzajemnie się szanują. Ale politycy nad Wisłą mówią o Niemcach tak, jakby wojna skończyła się przed rokiem.

Dobitnym przykładem tego, jak politycy, zwłaszcza partii rządzącej, patrzą dziś na Niemcy i Niemców, jest niedawna związana z rocznicą rozpoczęcia powstania warszawskiego wypowiedź wiceministra obrony narodowej. Bartosz Kownacki, bo o nim mowa, nazwał ich dziećmi i wnukami zwyrodnialców. Tymi słowami dotknął do żywego kilkaset tysięcy obywateli RP, którzy są dziećmi i wnukami żołnierzy Wehrmachtu i wiedzą, że ich przodkowie nie mieli, mieszkając na Śląsku, do wyboru innej armii. A w swojej masie nie szli na wojnę ani na ochotnika, ani chętnie. Wypowiedź ta jest obraźliwa także dla Niemców żyjących w Republice Federalnej, bo brzmi ona tak, jakby wojna skończyła się nie ponad siedemdziesiąt lat temu, ale niemal przed chwilą, a karabiny tych, którzy strzelali do Polaków, były wciąż jeszcze gorące.

Pan minister posłużył się uogólnieniem i na wszystkich Niemców bez wyjątku nałożył ciężar zbiorowej odpowiedzialności. W dodatku nie za siebie, lecz za czyny przodków, na które współcześni Niemcy – obdarzeni łaską późnego urodzenia – nie mieli przecież wpływu. Minister wziął też w nawias fakt, iż Niemcy (prawda, że mniej sami sprawcy, a bardziej ich dzieci) uczciwie się zmierzyli ze swoją przeszłością, przeprowadzili gruntowną denazyfikację i nie ukrywają swojej historycznej odpowiedzialności za wojnę i jej skutki.

53 proc. Polaków deklaruje sympatię do Niemców , jedynie 14 proc. okazuje niechęć. Podobnie pozytywnie patrzą dziś Niemcy na nas

- PiS, czy ktoś tego chce czy nie, ma pewne ciągotki autorytarne – uważa dr Grzegorz Balawajder, politolog z Uniwersytetu Opolskiego. - A władza autorytarna szuka i potrzebuje wroga. Niemcy do stereotypu wroga pasują dobrze. Politycy PiS wiedzą, że ten resentyment w części polskiego społeczeństwa wciąż jest żywy. Doświadczam tego, kiedy jadę do innych regionów Polski i słyszę: A jak wy tam dajecie sobie radę z tymi Niemcami? Takie pytania najczęściej padają we wschodniej Polsce, na Podkarpaciu, gdzie jest bastion PiS-u. Jeśli partia rządząca posługuje się antyniemiecką retoryką, to swój twardy elektorat utrzymuje w napięciu i w gotowości. Jest to tym łatwiejsze, że mieszkańcy tamtych regionów stosunkowo mało mają kontaktów z Niemcami. Jeśli wyjeżdżają, to częściej do Stanów Zjednoczonych. Tam, gdzie osobistych relacji polsko-niemieckich nie ma, tam podatność na stereotyp Niemca rodem z „Czterech pancernych” i Klossa rośnie.

Ile miejsca w restauracji

Drugą oś polsko-niemieckiego napięcia wyznacza dziś stosunek do imigrantów. Nie jest to dziwne o tyle, że postawa obu krajów wobec tego problemu jest biegunowo inna. Niemcy, a dokładnie Angela Merkel, postawili na politykę otwarcia, w pewnym momencie wręcz całkowitego otwarcia, próbując przyjąć wszystkich, którzy tylko chcą do ich kraju przybyć. Polska odwrotnie, zamknęła się całkowicie na przybyszów z islamskiej części świata, traktując ich wszystkich jeśli nie jako rozsadnik terroryzmu, to z pewnością jako źródło przyszłej islamskiej ekspansji, której lepiej sobie oszczędzić. Bo jeśli nawet dziś przyjęlibyśmy uciekające przed wojną rodziny z małymi dziećmi, to przy ich zdolności prokreacyjnej za dwa pokolenia będziemy mieli muzułmanów mnóstwo, a wraz z nimi problem.

Kwestia czarno-biała nie jest. W Niemczech nie brakuje dziś ludzi, którzy liczną i coraz liczniejszą obecnością muzułmanów na ulicach swoich miast zachwyceni nie są. Sam się z takimi głosami zetknąłem, podróżując w czerwcu po Bawarii. Ale trudno zaprzeczyć, że polityka całkowitego zamknięcia, nawet na osoby będące ewidentnie uciekinierami przed wojną i jej skutkami, przypięła Polsce łatkę, a raczej ogromną łatę, chrześcijańskiego kraju, który prowadzi całkowicie niechrześcijańską politykę. Istotę problemu odsłonił bardzo wyraziście abp Alfons Nossol, który świętując w Kamieniu Śląskim potrójny jubileusz 85. urodzin, 60-lecia kapłaństwa i 40-lecia biskupstwa, mówił w kazaniu, że nie powinniśmy się bać nawet mocnego islamu, ale musimy się bać słabego chrześcijaństwa. Trudno zaprzeczyć, że kto ma wyrazistą tożsamość, religijną także, bez lęku skonfrontuje ją z tożsamością innego, nawet obcego. Kto sam nie bardzo wie, w kogo i w co wierzy, będzie podatny na strach, także przed islamizacją. Oczywiście, kwestie techniczne, to, jak odróżnić prawdziwych uchodźców od bojowników Państwa Islamskiego, trzeba rozwiązać. Przykład Niemiec i innych krajów zachodnich pokazuje, że to wcale nie jest łatwe. Ale – co w tym samym kazaniu przypomniał emerytowany ordynariusz opolski - nie wolno nam, chrześcijanom, w cichości twierdzić: Niech się topią, niech toną w Morzu Śródziemnym, bo to i tak w większości przypadków muzułmanie.

- Jeden z niemieckich profesorów, mówiąc o imigracji muzułmanów, posłużył się takim obrazem – mówi prof. Aleksandra Trzcielińska-Polus, niemcoznawca z Uniwersytetu Opolskiego. - Jeśli do restauracji obliczonej na 80 miejsc przyjdzie jeden człowiek, to musi się dla niego znaleźć miejsce i jedzenie nie gorsze niż dla innych gości. Obraz jest czytelny: 80 milionów Niemców przyjmuje milion imigrantów. Wychodząc od tego obrazu ów profesor wypomniał nam, Polakom, że takiego miejsca nie jesteśmy gotowi ofiarować.

W relacjach polsko-niemieckich zaiskrzyło ostatnio także z trzeciego powodu: Sam Jarosław Kaczyński podjął na nowo kwestię niemieckich odszkodowań wojennych dla Polski. - Nasi krytycy z Zachodu powinni pamiętać, że Polska była pierwszym krajem, który zbrojnie przeciwstawił się niemieckiemu hitleryzmowi - mówił Kaczyński, podnosząc kwestię zadośćuczynienia za krzywdy. - Czy otrzymaliśmy coś za te gigantyczne szkody, których tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś? Nie! - grzmiał Kaczyński. - Czy wobec tego, historycznie rzecz biorąc, nie mamy pewnych moralnych praw? - dodawał. Zaznaczył później, że Niemcy i Austria mają wobec Polski ogromne i nieuregulowane zobowiązania, które wciąż są aktualne.

Co pokazują badania

Jest to wypowiedź o tyle dziwna i zaskakująca, że eksperci nie mają wątpliwości, iż realna szansa na uzyskanie reparacji od Niemiec jest znikoma. Uznanie zaś, że PRL jako państwo niesuwerenne nie mogło się skutecznie zrzec reparacji od Niemiec, może być gestem lekko samobójczym, bo tamta Polska – przy rzeczywistych ograniczeniach suwerenności – podjęła wiele decyzji i podpisała wiele dokumentów i umów o międzynarodowym znaczeniu. Jeśli podważymy jeden, łatwo będzie podrzeć inne, także te, z których dobrodziejstwa jako państwo do dziś korzystamy.

Niemcy polskiego tonu słuchają z niedowierzaniem, po nim przyjdzie obojętność. Nie chcecie iść razem z nami? To nie...

Janusz Majcherek, filozof, socjolog i politolog, dosłownie trzy dni temu na jednym z portali internetowych zauważył, że to antyniemieckie pohukiwanie polityków rządzącej partii stoi w wyraźnej kontrze do postrzegania naszych sąsiadów przez bardzo wielu Polaków. Powołując się na sierpniowe badania CBOS-u i raport Instytutu Spraw Publicznych, profesor podkreśla, że Polacy cenią, szanują i lubią Niemców. A na pytanie o cechy kojarzone z zachodnimi sąsiadami wskazują najczęściej, że są zdyscyplinowani, dobrze zorganizowani, przedsiębiorczy, nowocześni, skuteczni. Uważają, że tamtejsza gospodarka dobrze się rozwija, istnieje sprawna organizacja pracy, warto więc tam inwestować, a przy tym funkcjonuje demokratyczny system rządów i respektuje się swobody obywatelskie. Efekt? 53 proc. Polaków deklaruje Niemcom sympatię, jedynie 14 proc. okazuje im niechęć. Dodajmy, że bardzo podobnie – pozytywnie – patrzą dziś Niemcy na Polskę. Nasze konsekwentne doganianie Zachodu budzi u sąsiadów podziw. Pochodzące z XIX wieku stereotypowe określenie „polnische Wirtschaft” (polska gospodarka, gospodarność) będące wówczas synonimem bałaganu i chaosu albo wypadło z użycia, albo zmieniło znaczenie. Polnische Wirtschaft jest nad Renem synonimem sukcesu.

- Temat reparacji wywołano poniekąd profilaktycznie – uważa Grzegorz Balawajder. - Wyprzedzając ewentualne niemieckie próby wpływania z Berlina na polski rząd i przestrzeganie przez niego wspólnych europejskich wartości. Niejako z góry rząd w Warszawie zdaje się mówić: Wy lepiej nie zabierajcie głosu w naszej sprawie, bo wam wyciągniemy temat reparacji i odpowiedzialności za wojnę. Reparacje, zwłaszcza w gotówce, nie są dziś do uzyskania. Ale wywołanie tego problemu może też być wstępem do zapowiadanej na jesień repolonizacji mediów. Kapitał niemiecki może na tym tracić. Na wypadek protestów, sprzeciwów czy sporów PiS chce mieć w ręku argument typu: Czego od nas chcecie, to wy, Niemcy, powinniście nam płacić, a nie odwrotnie.

- To jest polski problem, że ton polityki wobec Niemiec wyznaczają dziś osobiste poglądy Jarosława Kaczyńskiego i innych liderów PiS-u – mówi prof. Aleksandra Trzcielińska-Polus. - Polacy nie myślą w swojej masie o Niemcach wyłącznie negatywnie (i dotyczy to także części wyborców PiS-u). Podobnie Niemcy o Polakach. Mieszkańcy Berlina i innych niemieckich miast chętnie kupują polskie produkty i doceniają nasze gospodarcze osiągnięcia. Z tej perspektywy obecna antyniemiecka retoryka jest schizofreniczna. Bo Polska potrzebuje Niemiec z punktu widzenia gospodarczego, a niewykluczone, że może potrzebować także ich militarnej pomocy. Brakuje nam społecznej równowagi w patrzeniu na Niemców i dobrej edukacji na ten temat. I brakuje pamięci, że bez pomocy Niemiec, nie byłoby Polski w NATO ani w Unii Europejskiej.

- Nie ukrywam, że nam, Niemcom w Polsce, słuchać takiej antyniemieckiej narracji nie jest łatwo – mówi Rafał Bartek, przewodniczący zarządu TSKN. - Ale chcę zwrócić uwagę na coś innego. Ta narracja jest niesłychanie odległa od tego, czym dzisiaj żyje Europa i świat. Tracimy czas! A przecież przed Polakami i Niemcami stoi tyle wspólnych wyzwań. Rządzący w Polsce zdają się tego nie widzieć. To jest symboliczne, ale w trwających 30 minut wiadomościach w telewizji publicznej ponad 20 zajmują informacje wewnętrzne, jakby światowego globalnego kontekstu nie było.

Rafał Bartek podkreśla, że problem z narracją wobec Niemców może się nasilać, a nie tłumić. - Tyle razy słyszałem, że resentymenty antyniemieckie odejdą wraz z pokoleniem, które doznało od Niemców krzywd - mówi. - Jest dokładnie odwrotnie. To pokolenie odchodzi, a to ono wiedziało, jaką wartością jest pokój i pojednanie. Ton relacjom polsko-niemieckim nadają często ludzie młodzi, którzy pamięci wojny nie mają. Ich wizji świadkowie czasu nie weryfikują. I to jest bardzo niebezpieczne. Będziemy owoce tego zbierać także w przyszłości.
Można być zdziwionym, że przynajmniej na razie polskie stanowisko wobec Niemiec nie napotyka na równie zdecydowaną odpowiedź tamtejszych polityków. Profesor Polus wiąże to z trwającą w Niemczech kampanią wyborczą. To ona ich angażuje.
- Niemieccy politycy słuchają polskiego tonu z niedowierzaniem – uważa Rafał Bartek. - Ale ono nie będzie trwało wiecznie. Za nim przyjdzie obojętność. Nie chcecie być nami razem? To nie. Chcecie wyjść z Unii? Proszę bardzo. Jak się zorientujemy, co straciliśmy, może być za późno.

Krzysztof Ogiolda

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Ppp

Potomek zwyrodnialca nie jest niczemu winien, że się w takiej rodzinie urodził. Staje się winien, jeśli sam tak robi, pochwala zbrodnię przodka lub jej fałszywie zaprzecza – jednak samo urodzenie nie czyni winnym.
Pozdrawiam.

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.