Chcieli sławy i pieniędzy, a stają przed sądem za kradzież obrazów... fałszywych

Czytaj dalej
Norbert Kowalski

Chcieli sławy i pieniędzy, a stają przed sądem za kradzież obrazów... fałszywych

Norbert Kowalski

Myśleli, że zdobędą obrazy ze słynnej Kolekcji Goebbelsa warte dziesiątki milionów złotych. Tymczasem okazało się, że ukradli kilkadziesiąt falsyfikatów wartych około... 30 tys. zł. Dzisiaj ma ruszyć proces ośmiu mężczyzn, którzy zamiast największego skoku, zaliczyli największą pomyłkę życia. A wśród oskarżonych są m.in. byli policjanci.

Ośmiu mężczyzn ma w piątek zasiąść na ławie oskarżonych w sprawie dotyczącej kradzieży 87 obrazów, szkiców i rysunków na poznańskich Naramowicach. Prokuratura zarzuciła im, że wprowadzili Jana C. w błąd, a jednocześnie doprowadzili go do niekorzystnego rozporządzenia swoim majątkiem. Mężczyźni, żeby zdobyć obrazy, podawali się za funkcjonariuszy policji, którzy prowadzą śledztwo ws. dzieł sztuki. Dwóch z nich w przeszłości... rzeczywiście było policjantami, a jeden wciąż pracował w komendzie policji w Wyszkowie. Dotarliśmy do szczegółów sprawy, które ukazują sposób działania oskarżonych mężczyzn.

Fałszywi policjanci

W lipcu ubiegłego roku Jan C. zgłosił na policji kradzież kilkudziesięciu obrazów ze swojego mieszkania przez mężczyzn, którzy podawali się za... funkcjonariuszy policji. Jednak wszystko zaczęło się jeszcze w maju 2016 r., kiedy to Michał K. miał poinformować Grzegorza L. i Marka W., że znalazł w Poznaniu cenną kolekcję obrazów, której właścicielem jest starszy mężczyzna (Jan C.) i można łatwo ją zdobyć. Następnie Michał K. miał o tym samym powiedzieć Wojciechowi O. oraz Andrzejowi S. „Obaj zgodzili się wziąć udział w pozyskaniu dzieł sztuki i byli odpowiedzialni m.in. za zorganizowanie transportu” - pisał w akcie oskarżenia prokurator Paweł Barańczak.

Śledczy nie mają wątpliwości, że to Michał K. był pomysłodawcą akcji i razem z Grzegorzem L. miał decydować o sposobie działania. Michał K. na początku miał ustalić z Markiem W. i Grzegorzem L., że postara się zdobyć większą wiedzę na temat kolekcji posiadanej przez Jana C.

„W ciągu kilku tygodni udało im się ustalić, że kolekcja posiada pieczęci i stemple niemieckie z okresu III Rzeszy, a obrazy najprawdopodobniej pochodzą z grabieży dzieł sztuki dokonanej przez nazistów podczas II wojny światowej”

- pisał prok. Paweł Barańczak.

Z czasem do mężczyzn docierały jednak informacje, że wiadomość o kolekcji zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Wtedy podjęli decyzję o przyspieszeniu swoich działań nawet kosztem niesprawdzenia autentyczności obrazów.

- Sytuację nakręcał Michał K. On mówił, że tego dziadka prędzej czy później ktoś z tych obrazów okradnie

- opowiadał po zatrzymaniu Grzegorz L.

19 lipca 2016 roku około godziny 20 do domu Jana C. na Naramowicach zapukali Michał K., Paweł G. oraz Grzegorz L.

- Wszyscy wyciągnęli odznaki. Jeden z nich powiedział, że są z policji i prowadzą sprawę związaną z obrazami. Wypytywali, skąd mam tyle obrazów, chcieli zobaczyć dokumentację. Jak już obejrzeli te obrazy, to przy wyjściu powiedzieli mi, że ktoś będzie do mnie dzwonił. Nie sądziłem, że to mogą być oszuści

- zeznawał na policji Jan C.

Z kolei Grzegorz L. mówił: - Michał K. powiedział, że jesteśmy policjantami. Kolekcjoner był przekonany, że jesteśmy funkcjonariuszami. Myślę, że gdyby do mnie zapukała taka ekipa, też uwierzyłbym, że to policjanci.

Dwa dni później, 21 lipca o godzinie 7, fałszywi policjanci ponownie zjawili się na Naramowicach. Oprócz Michała K., Pawła G. oraz Grzegorza L., do domu Jana C. przyjechali również Marek W., Andrzej S., Piotr G. oraz Jakub D. Jan C. wpuścił do środka „policjantów” i na ich żądanie zgodził się wydać część swoich obrazów.

„Andrzej S. i Paweł G. byli ubrani w białe szpitalne lub malarskie kombinezony i mieli założone rękawiczki. Jan C. zaczął wydawać dzieła sztuki, a mężczyźni pakowali obrazy zabezpieczając je specjalną folią i wynosili do auta, które było zaparkowane niedaleko domu pokrzywdzonego” - czytamy w akcie oskarżenia. Ponadto mężczyźni mieli zapewniać Jana C., że ekspertyza obrazów potrwa bardzo krótko.

- Mówili, że przywiozą obrazy z powrotem tego samego dnia około godziny 20. Kiedy pakowanie i wynoszenie obrazów zmierzało ku końcowi, spytałem się ich, czy dadzą mi jakieś pokwitowanie za zatrzymanie tych obrazów. Powiedzieli, że otrzymam pokwitowanie. Potem wszyscy odjechali

- opowiadał policjantom Jan C. Z ustaleń śledczych wynika, że Andrzej S. zawiózł obrazy na jedną z posesji w Kiekrzu, zaś pozostali mężczyźni pojechali spotkać się z Wojciechem O., ostatnim z oskarżonych, który miał uczestniczyć w przestępstwie.

Fałszywki jak z targowiska lub aukcji internetowej

Dzień po kradzieży Jan C. zgłosił sprawę, a prawdziwi policjanci pojawili się w jego domu. Informacje o działaniach funkcjonariuszy dotarły również do oszustów. Wtedy postanowili ustalić wersję, że... działali dla dobra kraju, chcieli odzyskać dobra narodowe, a następnie zdeponować je w warszawskim Muzeum Narodowym.

- Michał mówił, że „coś się dzieje wokół obrazów” - zeznawał Grzegorz L.

Wiadomość o możliwości przyjazdu oszustów do Warszawy dotarła do policjantów Komendy Stołecznej Policji, którzy 22 lipca niedaleko budynku muzeum zatrzymali busa, w którym był Marek W. oraz kilkadziesiąt skradzionych obrazów.

„W wyniku oględzin pojazdu ujawniono i zabezpieczono obrazy i rysunki należące do Jana C., łącznie 87 obiektów”

- pisał w akcie oskarżenia prokurator Paweł Barańczak. Oszuści byli przekonani, że część z tych prac należy do tzw. Kolekcji Goebbelsa, która byłaby warta kilkadziesiąt milionów złotych. Sam Jan C. oceniał wartość skradzionych obrazów na ok. 40 mln zł.

- Chodziło o to, żeby przejąć Kolekcję Goebbelsa. Obrazy miały być sprzedane. Kojarzę, że za znalezienie kupca miał odpowiadać Wojciech O. Na pewno mieli się tym zająć ludzie z Poznania - nie ukrywał po zatrzymaniu Marek W.

Nikt jednak nie spodziewał się, że aż 83 obrazy to zwykłe... falsyfikaty. Wśród nich były podróbki prac takich artystów jak Edvard Munch („Rozpacz”, „Madonna”), Egon Schiele („Tancerka Moa”, „Tancerka z szalem”), Salvador Dali („Akt tyłem”) czy Jacek Malczewski („Nike legionów”). Oryginalne były jedynie cztery prace. „Poziom niektórych z prac jest równie niski jak falsyfikatów znajdujących się na aukcjach internetowych czy na targowiskach. Nawet osoba posiadająca przeciętną wiedzę z zakresu historii sztuki, powinna dostrzec, że są to falsyfikaty” - czytamy w akcie oskarżenia. Wartość wszystkich odzyskanych obrazów została oszacowana na... ok. 30 tys. zł.

„W niektórych przypadkach można było stwierdzić, że prace wyszły spod ręki tego samego fałszerza. Z konserwatorskiego punktu widzenia większość falsyfikatów została wykonana na poziomie szkolnym. Widać brak umiejętności postarzania papieru, fatalne dostosowywanie starych prac do ram, nieumiejętne postarzanie krosien itp.”

- pisał prokurator Paweł Barańczak.

Po zatrzymaniu Marka W., kolejne aresztowania były jedynie kwestią czasu. W ciągu kilku dni policjanci dotarli do następnych mężczyzn. Największy problem mieli ze znalezieniem Michała K., za którym wydano nawet list gończy. Ostatecznie został on zatrzymany we wrześniu ubiegłego roku.

Wśród oszustów policjant i niedoszły funkcjonariusz BOR

Michał K., Grzegorz L., Marek W., Paweł G. oraz Piotr G. znali się jeszcze przed akcją ze wspólnej działalności w fundacji im. Cichociemnych Spadochroniarzy AK. Andrzej S., Wojciech O. oraz Jakub D. dołączyli do nich w trakcie planowania akcji. Większość z nich miała stabilną i poważaną pracę.

Policjanci odzyskali 80 obrazów, grafik i szkiców

Źródło: KWP Poznań

Grzegorz L. jest emerytowanym funkcjonariuszem Komendy Głównej Straży Granicznej, zaś Marek W. to emerytowany funkcjonariusz Komendy Stołecznej Policji w Warszawie. Z kolei Wojciech O. wchodził w skład zarządu spółki będącej dealerem samochodów BMW. Prezesem innej spółki jest za to Andrzej S., z wykształcenia prawnik. Bracia Paweł i Piotr G. z wykształcenia są pedagogami. Pierwszy z nich to były policjant, który aplikował nawet do pracy w Biurze Ochrony Rządu. Z kolei jego brat to funkcjonariusz policji w Wyszkowie. Jakub D. pracował natomiast jako funkcjonariusz Komendy Regionalnej Straży Ochrony Kolei w Poznaniu. Żaden z nich w przeszłości nie był karany. Wyjątkiem jest tylko Michał K., z wykształcenia mechanik samochodowy, który był zatrudniony jako dyrektor handlowy w jednej ze spółek. W przeszłości odpowiadał już za podobne przestępstwa i był skazany przez sąd na karę więzienia.

Grzegorz L., Marek W. oraz Jakub D. ostatecznie w trakcie postępowania przygotowawczego przyznali się do zarzutów prokuratury. Sam Grzegorz L. złożył wyjaśnienia, które zdaniem śledczych bardzo pomogły w sprawnym zakończeniu śledztwa. Z tego powodu prokuratura wnioskuje o łagodniejszy wymiar kary dla niego. Sam oskarżony chce też dobrowolnie poddać się karze.

- Gdybym wiedział, że obrazy to falsyfikaty, nie brałbym w tym udziału. Byliśmy przekonani, że chodzi o skarb wart wiele milionów euro

- przyznawał Grzegorz L. Oprócz niego, wniosek o dobrowolne poddanie się karze złożył również Jakub D.

Kradzież dla dobra kraju?

Michał K., Wojciech O., Andrzej S., Paweł G. i Piotr G. od początku nie przyznawali się do winy.

- Zaprzeczali, aby podawali się za policjantów. Wyjaśnili, że działali w ramach operacji służb specjalnych w szczytnym celu, zabezpieczenia dla Skarbu Państwa cennej kolekcji dzieł sztuki, licząc na medialną popularność

- informuje prokurator Barańczak.

Po zatrzymaniu mężczyźni zgodnie twierdzili, że nie chcieli niczego ukraść, a jedynie przewieźć obrazy do Warszawy. Śledczym mówili również, że byli przekonani, iż wszystko odbywa się legalnie.

- Byłem przekonany, że wszystko, co robiliśmy z Grzegorzem L., było legalne.

On tworzył w naszych oczach wizerunek aktywnego funkcjonariusza, często biorącego udział w różnych akcjach, cieszącego się dużym szacunkiem. Mam do L. ogromny żal - bronił się po zatrzymaniu Paweł G.

W podobnym tonie wypowiadał się Wojciech O. - Michał K. powiedział mi, że przygotowują akcję przejęcia części kolekcji obrazów, które mają być odwiezione do Muzeum Narodowego, ponieważ dostał informację, że są to obrazy zgrabione podczas II wojny światowej przez hitlerowców. Michał K. oraz Grzegorz L. twierdzili, że kolekcjoner nabył te obrazy nielegalnie - przekonywał policjantów Wojciech O.

I dodawał: - Dla mnie to było coś w stylu poszukiwań „złotego pociągu”. Oczami wyobraźni widziałem jak media już opisują sensacyjne znalezisko. Sądziłem, że w blasku fleszy i sławy mogę się znaleźć nawet i ja. Naprawdę tam myślałem (…) Czułem się jak bohater.

Z kolei Piotr G. zeznawał: - W całej sytuacji z obrazami nie wydawało mi się nic dziwnego. Gdybym coś podejrzewał, zareagowałbym jako policjant. Dla mnie Grzegorz L. i Marek W. uwiarygadniali swoimi osobami całe to przedsięwzięcie.

Powyższym zeznaniom przeczą jednak słowa innych zatrzymanych. - Kiedy Michał przekazał informację, że policja wie o akcji, ustaliliśmy wersję, że działaliśmy dla dobra państwa w celu zabezpieczenia dóbr kultury. Stąd pomysł i szopka z Muzeum Narodowym - nie ukrywał Grzegorz L.

- To miał być sposób na wyjście z twarzą z całej sytuacji. Gdyby to były oryginały, mogliśmy liczyć na znaleźne i szum medialny w dobrym tego słowa znaczeniu

- to już za to słowa Marka W.

Zamiast sławy i pieniędzy, jest proces i groźba więzienia

Śledczy nie dali wiary tłumaczeniom zatrzymanych i ostatecznie wszyscy mężczyźni zostali oskarżeni przez prokuraturę o doprowadzenie Jana C. do niekorzystnego rozporządzenia swoim majątkiem poprzez wprowadzenie go w błąd, że są funkcjonariuszami policji.

- Podejrzani mieli świadomość tego, że podając się za policjantów, wprowadzili w błąd pokrzywdzonego co do tego, że przekazuje dzieła sztuki działającym zgodnie z prawem policjantom zabezpieczającym obrazy w ramach postępowania. Działając w ten sposób popełnili oszustwo - uważa prokurator Barańczak.

Ponadto Piotr G., jako funkcjonariusz policji w Wyszkowie oraz Jakub D., jako funkcjonariusz Komendy Regionalnej Straży Ochrony Kolei w Poznaniu, odpowiedzą za przekroczenie swoich uprawnień. Pierwsza rozprawa ma się odbyć w piątek w poznańskim Sądzie Okręgowym. Zatrzymanym grozi nawet do 10 lat więzienia.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Norbert Kowalski

Dziennikarz działu miejskiego w Głosie Wielkopolskim. Zajmuję się przede wszystkim tematyką sądowniczą i przestępczą. Poza tym piszę również o polityce, zarówno tej lokalnej, jak i ogólnopolskiej. Prywatnie jestem kibicem i wielkim miłośnikiem Bałkanów.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.