Camilla Läckberg: Między mężczyznami a kobietami toczy się wojna

Czytaj dalej
Anita Czupryn

Camilla Läckberg: Między mężczyznami a kobietami toczy się wojna

Anita Czupryn

- Do wszystkiego, co mam, doszłam sama. Nie wygrałam pieniędzy na loterii, nie dostałam niczego w spadku.Do miejsca, w którym obecnie jestem, doprowadziła mnie własna, ciężka praca. Jestem z tego bardzo dumna - mówi królowa szwedzkiego kryminału.

Szwedzkie kryminały są najlepsze na świecie - tak się generalnie uważa w Polsce, także dzięki kryminalnej sadze o Fjällbace. Teraz promując w Polsce swoją nową książkę, „Złota Klatka”, chce Pani nas przekonać, że i thrillery ze Szwecji nie mają sobie równych?

Ma się rozumieć! Potem zamierzam przekonać państwa do tego, że najlepsze są szwedzkie romanse, następnie - inne czytadła, a w końcu wszelkie możliwe gatunki literackie, jakie się w Szwecji pojawią (śmiech). A mówiąc poważnie - zawsze staram się robić najlepiej to, czym się zajmuję. Nigdy nie traktowałam pisania jako dyscypliny, w której reprezentuję Szwecję. Po prostu jest to moja pasja; to coś, co kocham, co kochałam robić od czasu, gdy byłam jeszcze dziewczynką. Teraz mogę powiedzieć, że bardzo się cieszę, że mam tylu czytelników na całym świecie, którym podoba się to, co robię.

Camilla Läckberg: Między mężczyznami a kobietami toczy się wojna


Thriller psychologiczny „Złota klatka” wziął się, jak sama Pani zapowiadała, z potrzeby zmiany. Jest Pani zadowolona z tej zmiany?

Bardzo mi się podoba to, co zrobiłam. Choć muszę przyznać, że nie jest łatwo mnie - Szwedce - o tym mówić. W Szwecji raczej jesteśmy nauczeni, żeby się nie chwalić. Uwielbiam tę książkę i uwielbiam postać Faye…

… czyli głównej bohaterki .

Tak jest. Postać Faye jest mi bardzo bliska. Wielką przyjemność sprawiało mi pisanie tej książk.

To się czuje przy czytaniu. Ale przygotowując się do rozmowy z Panią, sięgnęłam do internetu, ciekawa, jak „Złotą klatkę” odebrali polscy czytelnicy. I prócz należnych książce zachwytów, trafiłam też na głosy oburzenia, żeby nie powiedzieć - potępienia: „Jak to?! A gdzie Erica i Patrick z Fjällbaki?! Skandal!” I jak się Pani z tego wytłumaczy?

Byłam absolutnie świadoma tego, że takie reakcje mogą się pojawić. Doświadczyłam ich już wcześniej. Gdy opowiadałam osobom z mojego najbliższego otoczenia, że zamierzam zrobić sobie trochę przerwy od Eriki Falck i Patrika Hedströma, to słyszałam nawet i takie słowa, że to kompletnie idiotyczna decyzja. „Masz swoją serię książek, która odnosi niebywałe sukcesy” - mówili.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. „Księżniczka z lodu”, „Kaznodzieja”, „Latarnik”, „Czarownica” - że wymienię tylko niektóre z nich - to przecież kryminalne hity, które sprzedały się w dwudziestu trzech milionach egzemplarzy.

Zgoda. Jeśli spojrzymy na to pod tym kątem, to może odejście od sagi i napisanie czegoś nowego, nie było najmądrzejszą decyzją. Ale dla mnie istotne było coś innego. Byłam przekonana, że to jest dobra decyzja z mojego punktu widzenia. Jestem pisarką i jako pisarka staram się stawiać sobie wyzwania. „Złota klatka” była dla mnie takim właśnie wyzwaniem. Poza tym ja przecież do Eriki i Patrika jeszcze wrócę. Nie jest tak, że już z nimi skończyłam, już nie będę o nich pisać. Po prostu zrodziło się we mnie silne wewnętrzne przekonanie, że jeśli nie zrobię sobie od nich przerwy - a może raczej oni ode mnie - to będę mniej szczera wobec swoich czytelników i również wobec samej siebie. To dlatego - z mojego osobistego punktu widzenia, uważam, że to była świetna decyzja. Pokazują to fakty, bo, jak się okazało, moja najnowsza książka znakomicie się sprzedaje; znalazła się na pierwszym miejscu list bestsellerów w wielu europejskich krajach, w tym w Szwecji, gdzie odbierana jest wyjątkowo dobrze. Lepiej nawet, niż mogłam to sobie wyobrażać. „Złota klatka” otrzymuje też wiele rewelacyjnych recenzji, również od czytelników, którzy są fanami serii o Erice i Patriku, co bardzo mnie cieszy. W samej Szwecji wiele prestiżowych gazet, opiniotwórczych tygodników zamieściło bardzo dobre recenzje na temat tej książki. Nie chcę zapeszyć, ale wygląda na to, że może to być najlepiej sprzedająca się ze wszystkich moich książek. Choć, oczywiście, pojawiają się na jej temat również krytyczne recenzje - tylko, że jest ich o wiele mniej, niż mogłam się spodziewać.

Mnie ta krytyka w gruncie rzeczy nie dziwi. Znana to sprawa, że każde odstępstwo pisarza od tego, co najpierw ukochali jego czytelnicy, powoduje ich wielkie niezadowolenie. Przykładem jest choćby Stephen King i jego seria „Mroczna wieża”. On sam uważa ten cykl za swoje magnus opus, a wielu czytelników nie może mu wybaczyć, że poszedł w fantastykę, czy fantasy.

Wydaje mi się, że dla autora to jest bardzo niebezpieczny kierunek i niebezpieczna ścieżka, kiedy zaczyna pisać pod kątem tego, czego, jak się wydaje, oczekują czytelnicy. Jeżeli znajdę się kiedyś w takim punkcie i zacznę pisać „pod czytelników”, to myślę, że będzie to moment, w którym powinnam zrezygnować z tworzenia i pisania.

Wcześniej dała się Pani poznać jako autorka, która potrafi stworzyć nastrój, zbudować świetną konstrukcję, oddać klimat trzymający w napięciu do ostatniej strony. Przy okazji „Złotej klatki” dowiadujemy się też, że nie obawia się Pani pisać ostrych erotycznych scen.

Będę szczera, jeśli powiem, że przez 17 lat unikałam tematu erotyki w moich książkach. Również dlatego, że sceny seksu wydawały mi się bardzo trudne do opisu. Naprawdę chylę czoła przed każdym autorem, który włącza je do swoich książek, bo wiem - a w tej chwili wiem o tym jeszcze lepiej - jak ciężko się je tworzy. Drugi powód jest taki, że zawsze wyobrażałam sobie moją mamę, czytającą moje powieści i trochę obawiałam się jej reakcji. Ale w przypadku „Złotej klatki” już od samego początku, zabierając się za jej pisanie, wiedziałam, że sceny seksu muszą się w tej książce znaleźć, ponieważ książka mówi też o swoistej próbie sił między mężczyznami a kobietami. A seks jest przecież jednym z narzędzi, które się w tej damsko-męskiej grze pojawiają. Dlatego, mimo że obawiałam się pisania o tym, to cieszę się, że to zrobiłam. Już to mówiłam, ale powtórzę - lubię wyzwania.

Co chciała Pani pokazać historią głównej bohaterki Faye? To, że zemsta najlepiej smakuje na zimno? A może, że wojna między kobietami a mężczyznami trwa nieustannie?

Wydaje mi się, że toczy się wojna między mężczyznami a kobietami, choć jestem też przekonana, że wcale nie musi ona mieć miejsca. Z drugiej strony jestem przeświadczona o tym, że kobiety są tą silniejszą płcią - my rodzimy dzieci, a mężczyźni nie są w stanie poradzić sobie ze zwykłym przeziębieniem, więc nie ma o czym mówić, prawda? (Śmiech). Przybierając jednak poważniejszy ton, przyznać muszę, że mężczyźni między sobą są bardziej solidarni i to jest nasza, kobiet słabość. Tak zwane siostrzeństwo między kobietami to nasz słaby punkt i nad tym, myślę, powinnyśmy bardziej popracować. Kolejna sprawa: czasem mam wrażenie, że kobiety są za bardzo ufne, zbyt lojalne, z sercem na dłoni, a przez to bywają po prostu naiwne. Powinnyśmy bardziej wierzyć w siebie i sobie nawzajem więcej dawać.

We wcześniejszych Pani książkach zawsze można było znaleźć jakieś odbicie czy elementy z Pani życia. Co dała Pani z siebie swojej bohaterce Faye?

17 lat temu, kiedy tworzyłam postać Eriki, myślę, że było we mnie bardzo dużo z niej. Ale to było wtedy. Teraz, po tych wszystkich latach, jestem przekonana, że jest we mnie więcej z Faye. Ale też, że nie jestem w stu procentach ani Ericą, ani Faye, tylko jakimś miksem tych dwóch postaci, albo w ogóle kimś pomiędzy nimi. Ponieważ nie jestem ani tak szalona jak Faye, ani tak rozsądna i ustatkowana jak Erica. Najbliższe mi jest tu połączenie tych dwóch postaci.

Chodzi mi też o konkretne fakty z Pani biografii. Jak pamiętamy - mąż Eriki - Patryk, jest policjantem. Policjantem był Pani drugi mąż. W „Złotej klatce” z kolei mamy do czynienia z życiem w luksusach. Zmiana, jakiej Pani dokonała, pisząc teraz thriller, wynika też z tego, że Pani życie również się zmieniło?

Czytelnicy mogą czasem odbierać to, co przedstawiam w książkach, nie do końca prawdziwie. Podam przykład: postać Patryka stworzyłam, będąc jeszcze ze swoim pierwszym mężem, który jest ekonomistą. Osobowość Patryka bazowała więc na cechach, jakie posiadał mój pierwszy mąż. Drugiego męża - policjanta - poznałam dużo później. A zatem może to wydawać się zabawne, ale w rzeczywistości było jednak zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o drugą część pani pytania, czyli o życie w luksusie, to zdradzę, że zawsze byłam nim zafascynowana. Zawsze wydawało mi się, że jest to bardzo odległe miejsce; zamknięty krąg, do którego nie należałam. Dorastałam w zupełnie innych warunkach. Pewnie, że teraz zdarza się, że jestem zapraszana na różnego rodzaju przyjęcia czy spotkania ludzi z, nazwijmy to, socjety. Ale niezmiennie mam wrażenie nawet mimo tego, że dziś mogę mieć więcej pieniędzy niż członkowie tej klasy wyższej, że tworzą oni zamknięte grono, swego rodzaju klub, a ja czuję się trochę jak obserwatorka, a nie jego członkini. Wcale do nich nie należę. Oczywiście dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś, ale nie jestem rozrzutna. Nie robię non stop zakupów. Do wszystkiego, co mam, doszłam sama. Nie wygrałam pieniędzy na loterii, nie dostałam niczego w spadku. Do miejsca, w którym obecnie jestem, doprowadziła mnie własna, ciężka praca. Jestem z tego bardzo dumna i nie wstydzę się o tym mówić. Świat luksusu i życie elit nadal mnie fascynują, choć mam świadomość, że nie jestem ich częścią.

Dziś chyba nie ma już takich sytuacji, o jakich opowiadała Pani w wywiadach jeszcze kilka lat temu, że gdy zobaczyła ładną torebkę, to długo zastanawiała się, czy ją kupić, a kiedy w końcu ją kupiła, to myślała: „Boże, co ja zrobiłam! Kupiłam taką drogą torebkę!”

Faktycznie, lubię piękne rzeczy, czy to torebki, czy coś innego, co akurat wpadnie mi w oko. Ale interesujące jest coś innego. Mam znajomych mężczyzn, którzy też zarabiają bardzo dużo pieniędzy i ich nikt nigdy nie pyta o to, jak wydają swoje pieniądze. Kiedy pojawiają się na spotkaniach z aktówkami Hermesa, które potrafią kosztować 10 tysięcy euro, na przegubie ręki mają drogi zegarek, to nikt nigdy nie drąży tego tematu. Mężczyznę z rolexem za 25 tysięcy euro, przyjeżdżającego na spotkanie Porsche, które potrafi kosztować 200 tysięcy euro, przyjmujemy jako normę. Tymczasem wydaje się być niezdrowo fascynujące to, jak kobieta wydaje swoje zarobione pieniądze. Być może to jest kolejna rzecz, którą my, kobiety powinnyśmy zmienić. Uważam, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają prawo wydawać to, co zarobili, dokładnie tak, jak chcą, jak podpowiada im ochota czy sumienie. Z moich obserwacji wynika też, że bardziej akceptowane jest to, kiedy to mężczyzna kupi kobiecie coś drogiego - i tolerowane jest to w wielu społeczeństwach - niż to, że kobieta kupi sobie coś sama. To też jest coś, co należy zmienić. Dlaczego ma być tak, że podarki od mężczyzny dla kobiety są w porządku, a kiedy same sobie chcemy coś kupić, to musi to od razu podlegać monitorowaniu?

Jeśli Pani nie pisze i nie podróżuje w związku z promocją swoich książek, to co Pani robi? W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że nie lubi sportu, bo nie lubi się pocić. Zatem - leży i pachnie?

Moim absolutnym priorytetem w tym czasie jest moja rodzina. Mam czwórkę dzieci, w związku z tym obdarzenie ich uwagą jaką potrzebują, zajmuje dużo czasu. Ale uwielbiam też spędzać czas z przyjaciółmi. Jestem bardzo towarzyska; często spotykamy się na kolacjach, które razem gotujemy. Resztkę czasu, jaka mi zostaje, poświęcam na oglądanie seriali telewizyjnych - bardzo je lubię - ale też na czytanie książek. Bardzo dobrze umiem się relaksować i odpoczywać w wolnym czasie.

Wiem, że dzieci wychowuje Pani twardą ręką.

Wydaje mi się, że podejście do wychowania jest różne w różnych krajach Europy. Dlatego to, co pani nazywa wychowaniem „twardą ręką”, ja nazwałabym wychowaniem tradycyjnym, które bazuje na tym, aby uczyć dzieci kindersztuby, bycia uprzejmym, mówienia „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, a jeżeli chce się wstać od stołu, to ważne jest, żeby zapytać czy można wstać. To są te zachowania, na które stawiam nacisk i chcę je wpoić dzieciom. Nie jestem też rodzicem, który uważa, że używanie iPad’a czy iPhone’a to jest niezaprzeczalne prawo człowieka w wieku 12 lat. W moim domu raczej jest tak, że jeśli jest nieodrobiona praca domowa, albo z zachowaniem dziecka jest coś nie do końca w porządku, to najpierw to trzeba poprawić, a potem będziemy rozmawiać na temat innych przyjemności. Natomiast ja nigdy nie krzyknęłam na swoje dzieci, nie mówiąc rzecz jasna o innych rodzajach kar. Czasem wystarczy, jeśli tylko zniżę głos - one mówią wtedy, że mam groźny głos. Wiedzą, że sytuacja jest poważna i trzeba posłuchać tego, co mama mówi.

Czy nadal jest tak, że Pani pierwszy mąż mieszka w odległości 200 metrów, że pani dom odwiedzają dzieci drugiego męża i jesteście jedną wielką, patchworkową rodziną?

Jedną z moich najlepszych obecnie przyjaciółek jest była żona mojego byłego męża. Prawda jest taka, że ja nie lubię konfliktów. Staram się ich unikać. W tej chwili widzę wokół siebie tyle rozwodów, separacji, małżeńskich konfliktów, w których dzieci używane są jako narzędzia do wyrządzania sobie nawzajem krzywdy i robienia sobie na złość, zamiast tego, co rodzice deklarują. Czyli tego, że dzieci zawsze będą na pierwszym miejscu. Uważam, że zadaniem rodzica jest to, by potrafił przełknąć dumę i działać jak najlepiej dla dobra dziecka. Wydaje mi się, że mnie udało się to zrobić. W tej chwili w Szwecji nową normą stało się to, że rodzice, zwłaszcza po rozwodzie, walczą między sobą…

Jak wyglądało Pani dzieciństwo?

Bez wątpienia miałam ogromne poczucie bezpieczeństwa. Swój rodzinny dom wspominam jako miejsce, w którym zawsze bardzo dobrze się czułam. Byłam jedynaczką, moi rodzice mieli mnie dosyć późno, oboje byli wtedy w domu i zapewniali mi tak naprawdę wszystko. Ale też ja bardzo dużo czasu spędzałam w swoim pokoju, na czytaniu książek. Nie latałam z chłopakami, tylko siedziałam i zaczytywałam się w różnego rodzaju książkach. To był mój świat.

Nie tylko się Pani zaczytywała, ale też pisała, odkąd nauczyła się stawiać litery! Próbuję więc zrozumieć, dlaczego zdecydowała się Pani studiować ekonomię, potem pracować w korporacjach, zamiast robić to, co uwielbiała od dziecka - czyli pisać. Czy wynikało to z tego, że szła Pani śladami taty? On przecież był i ekonomistą, i kucharzem (a Pani napisała dwie kulinarne książki). Czy z tego, że zabrakło Pani odwagi?

Prawda jest taka, że brakowało mi pewności siebie. Wydawało mi się, że nie byłabym w stanie być autorką, pisarką, chociaż rzeczywiście, od małego to pisarze mnie fascynowali. Nie miałam na ścianach swojego pokoju plakatów gwiazd fimu czy muzyki pop; moimi idolami, osobami, które podziwiałam, byli zawsze pisarze i pisarki. Ale ja nie miałam odwagi. To może przykry, ale też prawdziwy obraz drogi, jaką przeszłam. I nie żałuję, że ją przeszłam, ponieważ jestem przekonana, że wszystko to, co zrobiłam w życiu, pozwoliło mi zostać tym, kim jestem teraz. A również pomogło mi w samym pisaniu.

Na kursie pisarskim, który zaowocował pierwszą Pani książką „Księżniczka z lodu”, a który sprezentowali Pani mama i pierwszy mąż, było prócz pani 12 innych kobiet. Między innymi pielęgniarka, nauczycielka, prawniczka. Im się też powiodło tak jak Pani?

Wiem, że pielęgniarka, o której pani wspomniała, również publikowała; jej książka zebrała bardzo dobre recenzje. Nie trafiła do aż tak szerokiej publiczności, jak moje książki, natomiast zrealizowała swój cel.

Napisała Pani dwie książki kucharskie. Będzie trzecia, a w niej przepis na to, jak, na przykład, przyrządzić ludzkie mięso?

No, cóż, czasem w naszym życiu trafiają się tak podłe osoby, że człowiek miałby ochotę zaserwować je na talerzu (śmiech). Ale mówiąc poważnie, nie mam teraz planów na trzecią książkę, jest za to projekt telewizyjny, skupiam się też na świecie filmowym. Jest tak wiele rzeczy, które chciałabym zrobić w życiu! Cały czas do głowy przychodzą mi nowe pomysły.

Zdradzi Pani, gdzie ostatnio ukryła zwłoki?

Jeśli już mam o tym mówić, to wyjawię, że każdy z moich mężów zwykł żartować, że gdyby nagle zniknęli, to znajomi powinni szukać ich ciał w ogrodzie. Ale ogród to nie jest dobre miejsce. Ziemia się zapada, odsłania zwłoki, wszystko widać; zawsze też jakaś część ciała odstaje. Proszę mi wierzyć - ukrycie całego ciała to jest bardzo trudna rzecz. Gdybym miała to zrobić, to najpewniej upozorowałabym wypadek. Poszlibyśmy na wycieczkę w góry, a potem pyk! Zepchnęłabym kogoś w dół, krzycząc: „Ojej, ojej, spadł, spadł!” Mój pomysł i moja rada sprowadzają się więc do tego, aby zrobić to jak najprościej. Tak jest najlepiej. Był taki seryjny amerykański morderca Jeffrey Dahmer, który próbował ukryć części ciała, spuszczając je w toalecie i skończyło się to tym, że zapchał rury i w ten sposób wpadł. Przy okazji - przyznam się, że jednym z moich wymarzonych kierunków podróży jest miejsce, stworzone przez FBI, w którym dla celów naukowych ludzie oddają zwłoki swoich bliskich, a dzięki temu pracownicy FBI przyglądają i uczą się, co dzieje się ze zmarłym ciałem. Niektóre leżą na dywanie, niektóre na trawie, inne w wannie. Każde inaczej się rozkłada. Niestety, to jest miejsce niedostępne dla zwykłych śmiertelników, ale ja wolałabym pojechać tam niż na Malediwy. Mam nadzieję, że nie przestraszyłam pani? Zwykle to jest taki moment rozmowy, kiedy ludzie zaczynają się ode mnie odsuwać, a ich wyobraźnia zaczyna podsuwać im najróżniejsze rzeczy (śmiech).

Ależ skąd. Kiedy przeczytałam, że jako 4-latka napisała pani o świętym Mikołaju, który zamordował swoją żonę, byłam oswojona z tym, co mnie czeka.

OK. Tylko nie chciałabym potem usłyszeć, że pani mąż zginął w wypadku podczas wycieczki w górach (śmiech).

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.