Anna Gronczewska

Był „Królem Widzewa” czy tylko „widzewskim królikiem”?

W dawnej willi Oskara Kona mieści się dziś rektorat łódzkiej Szkoły Filmowej. Fot. Grzegorz Gałasiński W dawnej willi Oskara Kona mieści się dziś rektorat łódzkiej Szkoły Filmowej.
Anna Gronczewska

Oskar Kon miał zostać rabinem. Potrafił jednak wykorzystać znajomości, sprzyjające okoliczności i zbił fortunę. Zanim stał się właścicielem Widzewskiej Manufaktury wiodło mu się różnie. Przed wojną należał do największych wrogów łódzkich robotników.

W dawnej willi Oskara Kona mieści się dziś rektorat łódzkiej Szkoły Filmowej.
Kusiński/ Książki o Łodzi Oskar Kon z bratem i ojcem Lewi Kohnem.

Życie Oskara Kona opisał przed laty Bolesław Lesman w książce „Recepta na miliony”, której nowe wydanie ukazało się niedawno nakładem wydawnictwa Kusiński, Książki o Łodzi. Lesman chciał pokazać prawdziwe oblicze króla Widzewa jak nazywano Kona. Podkreślał, że jego rzeczywista biografia znacznie różniła się od tej oficjalnej, którą wydano w 1937 roku w języku żydowskim.

Urodził się 20 maja 1870 roku w chasydzkiej rodzinie. Jego ojciec Lewi Kohn, jak początkowo pisano to nazwisko, pochodził z Konstantynowa Łódzkiego, ale wraz z rodziną przeniósł się do Łodzi. Miał wtedy 30 lat, jego żona Idesa - 21. Lewi zamieszkał w drewnianym domu przy ul. Piotrkowskiej 43, który dostał od swojego teścia. Jego bliskim sąsiadem został Juliusz Heinzel. Znajomość z tym fabrykantem odegrała potem wielką rolę w życiu rodziny Konów...

Miał na imię Oszer. Po latach, gdy był już bogaty zmienił je na Oskar. Z nazwiska zniknęło „h”

Oskar, a w zasadzie Oszer, był szóstym, najmłodszym dzieckiem Lewiego i Idesy.

„Ojciec dał mu na imię Oszer, co było zdrobnieniem starohebrajskiego, biblijnego imienia Osser lub Ossir - pisał Bolesław Lesman w „Recepcie na miliony”. „Po latach, gdy był już człowiekiem znanym i bogatym, zmienił swoje imię na Oskar, a z nazwiska wyrzucił niepotrzebne „h”.

Tymczasem znajomość z Heinzlem zaczęła przynosić efekty. Lewi Kohn zaczął prowadzić komisowy skład resztek i braków, który mieścił się przy ul. Piotrkowskiej 43. Lewi Kohn stał się kupcem, przedstawicielem przedsiębiorstwa „J. Heinzel”. Z czasem ta koncesja została rozciągnięta na Widzewską Manufakturę. Jak wyjaśnia Bolesław Lesman, resztki i wybrakowane towary ze względu na swoją cenę były niezwykle atrakcyjne, a przez to był to bardzo dobry interes.

Lewi marzył, by jego najmłodszy syn Oszer został rabinem. Uczył się w chederze, pobierał nauki u specjalnych nauczycieli, w Domu Modlitwy. Potem kontynuował naukę w Tomaszowie Mazowieckim.

Oskar Kon miał 15,5 roku, gdy zaręczył się z Marią, córką Załmy Rubina z Tomaszowa Mazowieckiego. Rok później się z nią ożenił i przeprowadził do miasta żony.

„Jego teść, zamożny właściciel komisowego składu towarów w Tomaszowie był człowiekiem wielce oświeconym - podawano w oficjalnej biografii Kona. „Pod wpływem teścia Oszer zaczął dodatkowo uczyć się dodatkowo: polskiego, rosyjskiego, niemieckiego, francuskiego i matematyki.”

Jak podawał jednak w swej książce Bolesław Lesman, Kon nie był wcale takim idealnym kandydatem na zięcia. Załma Rubin chciał, by był bankierem. Okazało się, że to jednak za wysokie progi dla jego córki. Znalazł więc jej zastępcę bankiera, czyli Kona, co potem wypomniał zięciowi w jednej z rozmów.

Oskar Kon nie został rabinem, pochłonęło go robienie interesów... Rok po ślubie urodził się jego pierwszy syn Moszek. Pojechał wtedy do Łodzi, by podzielić się tą radosną informacją z ojcem. Ten też przeżywał chwilę szczęścia, ponieważ również został ojcem. Jego druga żona Dwojra Goldman urodziła mu syna Szlama (pierwsza małżonka Lewiego umarła w wieku 39 lat).

Wizyta Oszera w Łodzi ucieszyła ojca, ale nie wzbudziła entuzjazmu wśród jego rodzeństwa. Każde z nich żyło swoimi sprawami. On sam zobaczył jednak, że jego koledzy zaczynają robić interesy.

„Talmudem nie interesowali się nawet ci, z którymi niedawno rywalizował o palmę pierwszeństwa - pisał Lesman. „Szukali złota, które leżało na ulicy”.

Po tej wizycie w rodzinnym mieście Oskar zaczął myśleć o zdobywaniu pieniędzy. Odbył kilkumiesięczne praktyki u inżyniera Likiermana. Uznał, że jest gotowy do tego, by założyć własny interes.

„Akurat Nelken, właściciel tkalni o kilkunastu warsztatach mechanicznych, pilnie poszukiwał wspólnika z zastrzykiem gotówki, by ocalić fabrykę od bankructwa - czytamy w „Recepcie na miliony”. „Oszer uznał to za znakomitą okazję dla siebie. Po naradzie z ojcem i teściem, na której zresztą nie dał im dojść do słowa, przystąpił do spółki”.

Po pół roku Feliks Nelkel postanowił wycofać się ze spółki. Kon odkupił od niego udziały i stał się samodzielnym właścicielem. Początkowo fabryka przynosiła zyskim, ale nadszedł rok 1891, rok nieurodzaju. Podobno w Rosji nie chcieli kupować wtedy najtańszych kretonów z Łodzi. Przed Oszerem stanęło widmo bankructwa. Chciał się ratować zastawiając nieruchomość przy ul. Piotrkowskiej 271, która była częścią posagu jego żony. Nie zgodził się na to teść. Pomagał mu wtedy ojciec, udzielając pożyczek w tajemnicy przed resztą dzieci. Te jednak się o tym dowiedziały. Nie było wyjścia. Lewi musiał wejść w spółkę z Oskarem. Dzięki temu fabryka przetrwała jeszcze kilka lat, ale w 1897 roku splajtowała.

W dawnej willi Oskara Kona mieści się dziś rektorat łódzkiej Szkoły Filmowej.
Kusiński/Książki o Łodzi Oskar Kon należał do najbogatszych łodzian

Tu losy zaczynają łączyć Oskara Kona z Widzewską Manufakturą. Być może wtedy postanowił, że w życiu nie będzie się kierował skrupułami. A przyświecać będzie mu zasada, że cel uświęca środki. Jak podaje jego oficjalna biografia, zaraz po plajcie miał zostać dyrektorem filii sprzedaży firmy „Kunitzer i Heinzel”. Tak naprawdę został generalnym odbiorcą resztek i wybrakowanych towarów z Widzewskiej Manufaktury. To zaś sprawiło, że koncesję na ich sprzedaż stracił Lewi Kohn. Przez wiele lat krążyła opowieść, że Oskar doniósł na ojca, dzięki czemu dostał tę posadę. Miał powiedzieć Juliuszowi Kunitzerowi, że Lewi wśród wybrakowanego materiału przemyca pełnowartościowy...

Bolesław Lesman nie wierzył jednak w te informacje. Twierdził, że Lewi Kohn był do końca wierny swoim zasadom i nie dałby się wciągnąć w nieczyste interesy.

„Kunitzer dobrze znał starego Kohna i wiedział co o nim sądzić - przekonywał Lesman. „Nie uwierzyłby nawet w sto takich donosów”.

Jednocześnie przypuszczano, że autorem tej plotki był Maks Wünsche, daleki krewny Kuniztera, którego bezdzietny fabrykant adoptował. Nie przepadał za Konem. Uważał go za konkurencję i niebezpiecznego człowieka. Lesman przypuszczał, że Kon zawdzięczał tę posadę Józefowi Tanfaniemu, włoskiemu baronowi, który był zięciem Juliusza Heinzla. Poślubił jego córkę Emilię. Potem stał się jednym z głównych udziałowców Widzewskiej Manufaktury. To Tanfani miał wytłumaczyć Kunitzerowi, że 72-letni już Lewi Kohn więcej czasu poświęcał na studiowanie Talmudu niż na handel. Poza tym był też przewodniczącym kahału, więc nie powinien już prowadzić składu.

Tymczasem nawiązywała się współpraca między Tanfanim a Konem. Nadchodził czas kryzysu. Włoch postanowił się zabezpieczyć skupując po zaniżonych cenach działki w Łodzi, na obrzeżach miasta. Sprzedawali je drobni przemysłowcy, którzy znaleźli się u progu bankructwa lub bankruci. Kon pomagał mu zdobywać klientów. Z czasem sam zaczął budować mieszkania dla robotników.

W 1895 roku zmarł Juliusz Heinzel. Udziały w Widzewskiej Manufakturze przejął jego syn Teodor Juliusz Heinzel, który jednak nie pałał miłością do widzewskiej fabryki. Sprzedał więc akcje Józefowi Tanfaniemu. W 1898 roku Juliusz Heinzel junior wycofał się z zarządu Widzewskiej Manufaktury. Kilka lat później, we wrześniu 1905 roku, Juliusz Kunitzer został zabity w tramwaju przez bojówkarzy PPS. Uznawany był bowiem za fabrykancki symbol ucisku robotniczego. Jego miejsce w zarządzie widzewskiej fabryki zajął Maks Wünsche. Jedną z pierwszych decyzji tego chorującego na gruźlicę mężczyzny był zakaz wstępu do fabryki Oskara Kona. Jak to tłumaczył Bolesław Lesman, pasierb Kunitzera nienawidził wszystkich ludzi, wszystkimi nie mógł jednak pogardzać. Gardził więc Żydami i robotnikami. Kon był jedną z jego ofiar. Jednak nie należał do tych, którzy zapominają o wyrządzonych krzywdach. Czas zemsty nadszedł już niedługo.

Łódź ogarnęła Rewolucja 1905 roku i kolejny kryzys. Jednak w 1907 roku nastąpiło ożywienie w przemyśle. Jak podaje w swej książce Bolesław Lesman, Kon realizując plan stworzony przez Tanfaniego, który też chciał się pozbyć Wünsche, zaczął podsyłać mu rosyjskich kupców z którymi był w dobrych układach.

„Każdy z nich składał zamówienia wartości setek tysięcy rubli, domagając się jak najszybszej dostawy towaru - czytamy w „Recepcie na miliony”. „Wünsche uruchomił całą fabrykę na dwie zmiany, a wtedy kupcy zaczęli zwlekać z odbiorem”.

Do akcji wkroczył Maksymilian Goldfeder, dobry znajomy Tanfaniego, który odmówił dyskonta weksli za zrealizowane dostawy. Fabryczne składy zapełniły się surową bawełną zamówioną przez Wünschego. Banki finansujące te dostawy zaczęły żądać natychmiastowej spłaty kredytu. Widzewskiej Manufakturze w oczy zajrzało bankructwo. Józef Tanfani rozpoczął negocjacje z Wünsche i Pauliną, wdową po Juliuszu Heinzlu, którzy posiadali akcje fabryki. Mógł ją uratować tylko kredyt z włoskiego banku Banca Commerciale Italiana. Ale warunkiem jego udzielenia było poręczenie Tanfaniego. Podobno Wünsche nie miał siły do dalszej walki, a Paulina Heinzel nie za bardzo wiedziała o co w tym wszystkim chodzi.

Nowym prezesem Widzewskiej Manufaktury został Józef Tanfani, a do zarządu weszli Oskar Kon i Maksymilian Goldfeder. Dzięki tej funkcji nasz bohater mógł liczyć na roczny dochód sięgający 60 tysięcy rubli rocznie. Miał też kupić 10 procent akcji fabryki.

„Takie kupno przekraczało jednak ówczesne możliwości Oskara Kona - zauważał Bolesław Lesman. „Licząc nawet tylko po cenie minimalnej musiałby zapłacić baronowi 400 tysięcy rubli. Mimo dobrych interesów z ostatnich lat Oskar Kon dysponował co najwyżej jedną trzecią tej sumy. Baron zgodził się więc zawrzeć transakcję na warunkach kredytowych: część pieniędzy Oskar Kon wpłacał od razu, resztę długu miał spłacać sukcesywnie z dywidend za tę część akcji, za które należność już pokrył”.

Wybuchła I wojna światowa. Dla większości łódzkich fabryk był to ciężki czas. Ale Widzewska Manufaktura nie mogła narzekać. To głównie zasługa Oskara Kona. Między innymi dzięki łapówkom przekazywanym niemieckim urzędnikom i wojskowym widzewska fabryka otrzymała zamówienia wojskowe. Początkowo korzystała z własnych zapasów bawełny. Potem Niemcy zaczęli tu zwozić surowiec zarekwirowany w mniejszych łódzkich fabrykach. Ale jak pisze Bolesław Lesman, Widzew, bo tak nazywano w skrócie manufakturę, dostarczał największą partię towarów na czarny rynek. Olbrzymie zapasy tkanin magazynowano w mieszkaniach robotników.

W tym czasie Widzewską Manufakturą zarządzali Oskar Kon i Maksymilian Goldfeder. Baron Tanfani jeszcze w lipcu 1914 roku wyjechał do Mediolanu. Nie mógł wrócić do Łodzi, bo zostałby internowany. Oskar Kon zaczął wdrażać w życie kolejny plan, czyli pozbycia się dwóch akcjonariuszy fabryki - Goldfedera i Tanfaniego.

„W 1916 roku z widzewskich interesów wycofał się Goldfeder - pisze w „Recepcie na miliony” Bolesław Lesman. „Zatrzymał co prawda swój pakiet akcji, ale zrzekł się stanowiska dyrektora zarządzającego, gdyż pilniejsze i bardziej atrakcyjne interesy - wielkie spekulacje zbożowe - wymagały jego obecności w głębi Rosji.

Niestety rosyjska operacja Goldfedera zakończyła się katastrofą. Zastawione przez niego akcje, w tym Widzewskiej Manufaktury kupił Oskar Kon. Miał już 40 procent akcji tej fabryki. Musiał teraz pozbyć się Tanfaniego. Skończyła się wojna i baron po 5 latach wrócił do Łodzi”.

Oskar Kon planował rozbudować fabrykę. Myślał o budowie nowej przędzalni, chciał zamontować nowe maszyny. Tymczasem w nocy z niedzieli na poniedziałek, 6 lutego 1922 roku Widzewska Manufaktura stanęła w ogniu. Paliła się przędzalnia. Gazety pisały, że Kon, który przybył na miejsce pożaru zemdlał z rozpaczy. Twierdzono, że przyczyną pożaru mogło być podpalenie, albo jak pisał „Rozwój” - krótkie spięcie. Rozpoczęto śledztwo. A w miejscu spalonej przędzalni zaczęto budować nową, dwa razy większą. Potem Łodzią wstrząsnęła kolejna informacja. Baron Józef Tanfani i jego rodzina ustąpili z zarządu manufaktury. Na dodatek Tanfani sprzedał Konowi akcje fabryki po okazyjnie niskiej cenie.

W dawnej willi Oskara Kona mieści się dziś rektorat łódzkiej Szkoły Filmowej.
Kusiński/Książki o Łodzi Widzewska Manufaktura była jedną z największych łódzkich fabryk.

19 maja 1922 roku Oskar Kon spełnił swoje marzenie. Stał się właścicielem widzewskiej fabryki! Samego Kona zaczęto zaś nazywać „polskim gangsterem”. Po Łodzi krążyć opowieści, że Konowi bardziej opłacało się podpalić przędzalnię niż ją rozebrać i usunąć stare maszyny. Pojawiło się też pytanie dlaczego wycofał się Tanfani.

„Policji nie udało się schwytać sprawcy podpalenia - wyjaśniał w swojej książce Bolesław Lesman. Być może tak właśnie szukano, żeby go nie znaleźć. A ponieważ podpalenie było niemal pewne, więc jasne, że przynajmniej pośrednim sprawcą musiał być ten, kto z tego pożaru odniósł największe korzyści. A więc przede wszystkim główny właściciel fabryki, pan baron Józef Tanfani. Jemu groził proces karny w wyniku którego zostałby na pewno skazany na kilka lat więzienia.(..)Oskar Kon był w stanie spowodować umorzenie śledztwa policyjnego i był w stanie wpłynąć na towarzystwo ubezpieczeniowe, by wycofało swoją skargę.”

Nie cieszył się dobrą sławą ani wśród robotników, ani innych przemysłowców

Oskar Kon nie cieszył się dobrą sławą wśród robotników, ale też innych przemysłowców. Tłumił strajki, nie miał litości dla robotników, płacił im mało. Nazywano go „widzewskim królikiem”. Taki tytuł nosi książka Andrzeja Izerskiego poświęcona fabrykantowi z Widzewa. Jak twierdzi w swojej publikacji na temat Kona prof. Przemysław Waingertner z Uniwersytetu Łódzkiego, pod tym określeniem kryła się wszakże cała prawda o rzeczywistej pozycji Kona: fabrykanta-dorobkiewicza, którym powszechnie pogardzano, ale zarazem jednego z najpotężniejszych polskich przemysłowców, którym pozostał pomimo wszelkich przeciwności, jak choćby wielki pożar widzewskich zakładów w 1922 r., czy zamieszki, jakie wybuchły w nich 2 lata później.

Dziś powiedzielibyśmy, że Oskar Kon był pracoholikiem. Wiele lat chorował na żołądek. Leczyli go najlepsi profesorowie z Paryża, Wiednia. Zalecali mu kilkumiesięczny wypoczynek. Po pozbyciu się Tanfaniego miał wyjechać na miesiąc do Bad Baden. Zapowiadał, by nie wysyłać mu żadnych depesz, nawet gdyby płonął cały Widzew. Do Łodzi wrócił po tygodniu...

Z małżeństwa z Marią z Rubinów miał sześcioro dzieci. Moszek, z którego narodzin tak się cieszył, umarł niedługo po urodzeniu. Dwoje kolejnych dzieci zmarło przed uzyskaniem pełnoletności. Czterej synowie nie zawsze mogli być dumą ojca. Henryk prowadził w Gdańsku rodzinne interesy. Maks słynął z hulaszczego życia, był dyrektorem widzewskiej fabryce. Podobnie jak Albert. Ten też lubił się zabawić, był bezwzględny dla robotników i jeden z nich go zastrzelił.

Oskar Kon w 1916 roku rozwiódł się ze starszą o 6 lat Marią z Rubinów. Ta razem z synem Maksymilianem zamieszkała w wilii przy obecnej ul. Konstytucyjnej. Rok po rozwodzie Oskar Kon poślubił młodszą o 25 lat Marię Eisnerowicz, która pochodziła z rodziny kupieckiej.

Oskar Kon mieszkał w willi przy ul. Targowej 61, dziś mieści się tam rektorat łódzkiej Szkoły Filmowej. Gdy wybuchła II wojna światowa Niemcy wyrzucili go z tego pałacu. Razem z żoną przeprowadził się do stróżówki. Został dozorcą. Codziennie, ubrany w chałat, z gwiazdą Dawida, zamiatał ulice. Podobno łodzianie specjalnie chodzili na ul. Targową, by zobaczyć upokorzonego wielkiego Oskara Kona...Ale on znów wykazał się sprytem. Przekupił najwyższych funkcjonariuszy niemieckich. Dzięki temu razem z żoną przedostał się do Szwajcarii. Podobno w całą sprawę zamieszany był Hermann Göring, marszałek Rzeszy. Król Widzewa czy też „widzewski królik” znalazł się w Argentynie. Tam dalej prowadził interesy. Umarł w 1961 roku. Miał 91 lat...

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.