Andrzej Plęs

Brzozów-Zdrój. To tu leczono skrofuły, czyli zołzy dziecięce. Po przedwojennym uzdrowisku nie ma dziś prawie śladu

Łazienki - parterowy budynek z poddaszem (zdjęcie pokolorowane przez członka TPB-Z Damiana Wojtowicza) Fot. Archiwum Sióstr Służebniczek w Starej Wsi Łazienki - parterowy budynek z poddaszem (zdjęcie pokolorowane przez członka TPB-Z Damiana Wojtowicza)
Andrzej Plęs

Łazienki z kąpielami solankowymi, dwa baseny, dom zdrojowy z jadalnią i kaplicą, okazała willa z pokojami, tor tenisowy, tor do kręgli, a nawet staw, po którym można było popływać łódką. Tak prezentował się przed wojną Brzozów-Zdrój.

Biskupi przemyscy, do których Brzozów należał od 1384 roku, bywali tu często, by nabrać sił ciała i ducha. Nawet po I rozbiorze Polski, kiedy stracili zarząd administracyjny nad tymi terenami, jednak wciąż pozostawali właścicielami swoich dóbr stołowych brzozowskich. Kurowali się krystalicznie czystym powietrzem, szumem lasów, absolutnym spokojem od zgiełku ówczesnej, jeszcze niezbyt dotkliwej, ale już cywilizacji. Aż do końca XIX wieku, kiedy zauważono, że ziemia brzozowska ma jeszcze jeden atut terapeutyczny. Do tego momentu biskupi tylko intuicyjnie wyczuwali, że tę wodę sam Bóg prozdrowotnie pobłogosławił, ale kiedy zaczęto wiercić ziemię w poszukiwaniu ropy, z głębin trysnęła woda, słona mocno. Wtedy jeszcze nikt nie wpadł na to, by czerpać ją hektolitrami w jakimkolwiek celu, ale brzozowianie i okoliczni włościanie korzystali, gdy cierpiano na brak soli, zwłaszcza podczas zmagań I wojny światowej.

I dopiero w latach 20. XX wieku zaczęto interesować się właściwościami leczniczymi tutejszej wody. W szczególny sposób zainteresował się biskup przemyski Anatol Nowak. To on polecił oddać wodę lwowskim balneologom do analizy, a po obiecujących wynikach badań zdecydował, że przez te solanki jodowo - bromowe i żelazowe w dobrach stołowych biskupów przemyskich w Brzozowie powstanie zdrojowisko, w którym będzie można leczyć schorzenia reumatyczne, choroby kobiece, choroby dziecięce, szczególnie „niedokrwienność” i straszliwie brzmiące skrofuły, czyli zołzy dziecięce. Także rwę kulszową, hemoroidy, choroby stawów, nerwobóle i choroby pourazowe. I wiele innych.

W latach 1925 - 26 rozpoczęto budować zdrojowe instalacje. Szybko poszło, bo 2 czerwca 1927 roku Brzozów-Zdrój zainaugurował działalność. Choć Brzozowem-Zdrojem jeszcze nikt go tu wtedy nie nazywał.

Od domu zdrojowego po kręgielnię

Na widokówkach z tamtego okresu można podziwiać bryłę drewnianego budynku Domu Zdrojowego.

- Z pokojami noclegowymi - zaznacza Mateusz Podkul z Towarzystwa Przyjaciół Brzozowa-Zdroju.

- Choć warunki pobytowe tam były iście spartańskie, nieporównywalne ze standardem uzdrowisk w Krynicy Zdroju, Truskawcu czy Druskiennikach. Ale obiekt dysponował jadłodajnią i oczywiście kaplicą, w końcu był własnością biskupów kościoła rzymskokatolickiego.

Po sąsiedzku posadowiono tzw. łazienki, w których można było zażywać kąpieli w leczniczych solankach. Dla kuracjuszy aktywnych ruchowo specjalnie wykopano staw, po którym można było powiosłować łódką. Dla mniej aktywnych zbudowano huśtawkę, dla bardziej - kort tenisowy, nieopodal można było przewracać kręgle na torze. I jeszcze dwa baseny, bez których żaden ośrodek o ambicjach kurortu obyć się nie mógł. A na uboczu, bliżej drogi, willa. Drewniana, jak niemal wszystkie tu obiekty, „Anatolówka”, którą tak ochrzczono na cześć biskupa Anatola. A jedyny murowany budynek w tym gronie był siedzibą zarządu uzdrowiska.

- Co do zasady: zakład zdrojowy nastawiony był na przyjmowanie duchownych z diecezji przemyskiej - zastrzega Mateusz Podkul. - Osoby świeckie bywały tu w ograniczonej liczbie i zakresie, najczęściej byli to goście przemyskich biskupów. I bywały pod warunkiem, że obiekty dysponowały wolnymi miejscami, nie zajętymi przez duchownych. Organizowano tu także kolonie dla dzieci biednych i półsierot z okolicznych miejscowości, toteż na starych zdjęciach obok duchownych można zobaczyć małych kolonistów. Bo też znaczną część zarządu uzdrowiskiem oddano w ręce sióstr służebniczek ze Starej Wsi, a one przecież opiekowały się dziećmi, dotkniętymi przez los. Kuchnią uzdrowiskową i obsługą pensjonariuszy zresztą również.

Część atrakcji zdrojowych była płatna, wśród archiwalnych dokumentów można znaleźć cenniki, ile kosztowało korzystanie z kręgielni, a ile kąpiel w leczniczych wodach. Choć ceny - w porównaniu z truskawieckimi czy krynickimi - były „mocno konkurencyjne”.

- Co nie znaczy, że Brzozów-Zdrój był inicjatywą nastawioną na działania komercyjne - zaznacza Mateusz Podkul. - Ewentualne wpływy przeznaczano na remonty, doposażenie i doraźne utrzymanie obiektów. Z ciekawostek: pozyskiwano je także ze sprzedaży papierosów, bo na miejscu była trafika.

Tu nie było atrakcji całorocznych, jak np. w Truskawcu. Sezon uzdrowiskowy króciutki: od początku czerwca do końca września, wcześniej i później ciężko było wytrzymać ze względu na temperatury. Bo budynki nie miały własnego ogrzewania. Żadnych pieców, kóz i kominków, rygorystycznie przestrzegano zakazu czytania wieczorami i nocą przy świeczkach i lampach naftowych, bo otwarty ogień stanowił potencjalne zagrożenie dla drewnianej infrastruktury zdrojowiska.

- Był pomysł, by posadowić jeszcze jeden, murowany dom zdrojowy, ale biskup Nowak na to się nie zgodził - dodaje Mateusz Podkul. - A taki był pomysł sióstr służebniczek, które chciały wydłużyć sezon zdrojowy.

Może i z powodu krótkiego okresu, może z powodu ograniczenia kuracjuszy do osób duchownych, może dlatego też, że dostęp do wody mineralnej był ograniczony, a może dlatego, że Brzozów nie miał kolei i dotarcie tutaj było wyprawą, może ze względu na szczupłość bazy noclegowej, Brzozów-Zdrój nie stał się kurortem ponadregionalnym. Najbardziej „odległy” kuracjusz pochodził z Torunia, pojawiły się też dwie zagraniczne rodziny: z Austrii i z Rumunii. Wprawdzie w prasie pojawiały się reklamy atrakcji uzdrowiskowych, ale niezmiernie rzadko i raczej mało natarczywie.

Z terenów zdrojowych korzystali za to miejscowi, choć nie w charakterze kuracjuszy. Biskupi i siostry służebniczki pozwalali im tu organizować festyny i zabawy, co niekoniecznie podobało się kuracjuszom, bo przecież przyjechali tu po święty (!) spokój. Symbioza między tymi światami kwitła, bo ludność miejscowa miewała tu zatrudnienie, a siostry mogły się zaopatrywać w produkty spożywcze.

Zgrzytem w tych dobrosąsiedzkich stosunkach był spór sądowy z mieszkańcami pobliskiej Malinówki, którzy przez tereny zdrojowe mieli zwyczaj przepędzać bydło podczas dni targowych do Brzozowa. Sceny niegodne powadze uzdrowiska, toteż siostry tę drogę zwyczajową zagrodziły. Malinówczanie postawili bunt, postanowili spór rozstrzygnąć przed sądem. Tyle że żaden z okolicznych adwokatów wyznania rzymskokatolickiego nie miał odwagi stanąć do walki z potężnymi biskupami przemyskimi. Mieszkańców Malinówki zgodził się reprezentować adwokat żydowski. I wygrał. Malinówczanie bydło pędzili znowu, ale między sąsiadami zadra jednak została.

Początek końca

Wrzesień 1939 roku, Niemcy wkraczają do Brzozowa, brzozowskie uzdrowisko przestaje funkcjonować. Odżywa w 1940 roku, ale już nie jako uzdrowisko, ale jako seminarium duchowne. Układ Ribbentrop - Mołotow sprawił, że Przemyśl po wschodniej części Sanu trafił w ręce Sowietów, a po tej właśnie stronie rzeki znajdowało się przemyskie seminarium. Władza radziecka nie miała krzty szacunku do stanu duchownego, biskup zdecydował o przeniesieniu seminarium do obiektów brzozowskiego uzdrowiska, gdzie Niemcy od biedy skłonni byli je tolerować, choć generalnie to tej przeprowadzce byli przeciwni. Klerycy mieli tam krzyż pański. Latem pół biedy, ale zimą w nieogrzewanych budynkach doznawali pokuty niskich temperatur. W tym gronie i późniejszy arcybiskup Jerzy Ablewicz, który tu przyjął święcenia kapłańskie. Podobnie jak ok. 100 innych alumnów.

I tak sobie przemyskie seminarium funkcjonowało tutaj do roku 1946, będąc świadkiem rzeczy niekiedy straszliwych. Jak wtedy, gdy Niemcy spędzili tu setki Żydów z likwidowanego brzozowskiego getta, po czym rozstrzelali. Ledwie kilkaset metrów od siedziby seminarium, więc kanonadę śmiertelnych strzałów słychać było wyraźnie.

A potem przyszło tak zwane wyzwolenie, również w Brzozowie zainstalowała się władza ludowa. Mocą dekretu o reformie rolnej dobra stołowe biskupom przemyskim odebrała, ale nie była zainteresowana utrzymaniem uzdrowiska. Niedługo trwało, by okoliczna ludność rozebrała drewniane budynki dla pozyskania budulca dla własnych celów. Drewniana „Anatolówka”, w której zostało nieco sióstr służebniczek i jej osieroconych przez rodziców podopiecznych, spłonęła. Niektórzy twierdzili, że to wcale nie z powodu uszkodzonej instalacji kominowej, że to władza chciała się pozbyć zakonnic z tego miejsca. A potem zaczęła znikać pamięć ludzka o tym miejscu. A jeszcze długo, długo potem przypomniała sobie o nim garstka brzozowian, którzy za punkt honoru postawili sobie tę pamięć przywrócić.

Ku pamięci

Czasem tylko któryś z kandydatów na zaszczytne, a obieralne stanowiska publiczne, deklarował przedwyborczo, że wskrzesi to miejsce.

Skrzyknęli się z końcem 2019 r., choć jeszcze dwa lata wcześniej większość z nich miała znikome pojęcia o niegdysiejszym uzdrowisku Brzozów - Zdrój. By „ekshumować” pamięć o tym miejscu, poszukać śladów istnienia.

- Zaczęliśmy od opomiarowań miejsca, poszukiwań śladów fundamentów - sięga pamięcią Magdalena Korona z Towarzystwa Przyjaciół Brzozowa - Zdroju. - W końcu uznaliśmy, że plany snujemy z takim rozmachem, że wypada się sformalizować i w lipcu 2020 zarejestrowaliśmy nasze Towarzystwo.

Ośmiu członków - założycieli, rosnąca liczba sympatyków i nieocenione wsparcie Stowarzyszenia Eksploracyjno - Historycznego Galicja. Ci pomogli przeszukiwać teren wykrywaczami metalu (za zgodą konserwatora zabytków) wygrzebali metalowe tabliczki z oznaczeniami wód (ciepła-zimna-mineralna), klucze i trochę innych przedmiotów, nawet pozostałości militarnych. Teraz planują zaprojektować i wykonać ścieżkę informacyjną, prowadzącą śladami zdrojowych zabudowań. Jak podkreśla Zbigniew Wieczorek z Towarzystwa Przyjaciół Brzozowa - Zdroju, miejscowe nadleśnictwo pomysł przyjęło z życzliwością. I dalej zamierzają - wciąż szukać w ziemi tego, co po zdrojowisku zostało. I nie tylko w ziemi.

Badania georadarem pozwoliły potwierdzić położenie fundamentów dawnych zabudowań Zakładu Kąpielowego. A to dzięki dr inż. Bernadecie Rajchel z Karpackiej Państwowej Uczelni w Krośnie, która przyjęła z entuzjazmem zaproszenie Towarzystwa Przyjaciół Brzozowa - Zdroju do przeprowadzenia badań w lesie brzozowskim.

- Przeszukaliśmy archiwa sióstr służebniczek w Starej Wsi, ale też Archiwum Archidiecezjalne w Przemyślu - wylicza Aneta Masłyk z Towarzystwa Przyjaciół Brzozowa - Zdroju. - I chcielibyśmy zajrzeć do archiwów państwowych we Lwowie, ale pandemia skomplikowała nam plany. Dysponujemy kopiami bardzo dokładnych, bo wojskowych map przedwojennych, na których naniesiono budynki zdrojowe. Mamy przecudne widokówki z fotografią domu zdrojowego. I nie zamierzamy przestać szukać dalej.

Dodaje, że nawet wśród ludności brzozowskiej pamięć o Brzozowie - Zdroju jest co najwyżej szczątkowa, wśród młodszych pokoleń zanika. Mamy nadzieję, że aktywność Towarzystwa ożywi pamięć o tym, że są gospodarzami na terenie o niezwykłej przeszłości.

Budowę ścieżki informacyjnej po niegdysiejszym terenie zdrojowym można wesprzeć finansowo pod adresem:
https://zrzutka.pl/c9sxyu.

Andrzej Plęs

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.