Boże Narodzenie, łazanki i makowiec a la Ceausescu

Czytaj dalej
Fot. Pixabay
Sławomir Sowa

Boże Narodzenie, łazanki i makowiec a la Ceausescu

Sławomir Sowa

Każde Boże Narodzenie jest powrotem do świąt, które przeżywaliśmy kiedyś. Ale przede wszystkim do tych, które zachowały się najlepiej w naszych wspomnieniach

Trudno oswoić się z myślą, że w czas, gdy siadamy do wigilijnej kolacji, gdzie indziej przeżywają żałobę. Tak jest u rodzin górników, którzy tuż przed świętami zginęli w katastrofie w czeskiej kopalni w Karwinie, tak jest pod Szczecinem, gdzie zginęła matka z dwójką dzieci, prawdopodobnie z ręki swojego hiszpańskiego partnera.

Czasem dzieje się tak z nieznanych wyroków, czasem wynika to z przemyślanych, zbrodniczych decyzji. Tak jak w grudniu 1981 roku, kiedy zomowcy zamordowali w kopalni Wujek dziewięciu górników. Rok po tamtej zbrodni zaczynałem studia w Katowicach, dwa razy dziennie autobusem mijałem mur z wiszącymi dziewięcioma górniczymi kaskami. Mimo roku, który upłynął wtedy od zamordowania górników, codziennie ktoś przynosił pod mur świeże wiązanki kwiatów, codziennie ktoś zapalał znicze. Nawet po tylu latach trudno zapomnieć ten widok. Przychodziły do głowy myśli, jak rodziny tych górników mogą cieszyć się ze świąt.
Inne święta Bożego Narodzenia, rok 1989. Polacy siedzą za świątecznymi stołami, wciąż szczęśliwi, bo jeszcze nie zdążyli poczuć drakońskiej kuracji Balcerowicza. A w telewizji relacje o rewolcie w Bukareszcie i trupy Ceausescu i jego żony na zdjęciach. Sałatka, makowiec, Ceausescu. Barszczyk, łazanki, kieliszek, Ceausescu.

Dziwne uczucie, podszyte jednak rodzajem cichej satysfakcji, że przecież u nas też mogło się to wszystko podobnie potoczyć. A tak siedzimy sobie przy pełnym stole, płyną kolędy, a od strzałów i krwi oddziela nas bezpieczne szkło telewizora.
Zawsze jest tak samo. Współczujemy tym, którzy normalnie tych świąt spędzić nie mogą, ale widząc, jak ślepa ręka losu dotyka innych, chyba bardziej cenimy to, że sami bezpiecznie możemy pobyć razem i zaznać spokoju, którego tak trudno zaznać w codziennej bieganinie.
Osobliwa rzecz z tym Bożym Narodzeniem. Trochę to jest tak, jakbyśmy co roku odtwarzali te same święta zapamiętane z dzieciństwa. Ubieramy choinkę i pamiętamy tę ubraną trzydzieści czy czterdzieści lat temu. Idziemy po karpia czy pomarańcze i pamiętamy kolejki, w których trzeba było odstać, aby zdobyć te luksusowe dobra. Ba, tym luksusowym dobrem była w Polsce Ludowej także świąteczna gazeta, którą trzeba było wystać pod kioskiem, czasem na mrozie. No bo jak to? Święta bez świątecznej gazety? A wtedy nawet papierowe organy KC PZPR nie mogły udawać, że świąt nie ma.

I, co ciekawe, tych wszystkich uciążliwości nie wspomina się dziś z jakąś szczególną traumą, a wręcz przeciwnie. To jakby świąteczna bajka dla młodszych, pełna dziwów niesłychanych. Szczególnie osobliwa, że dziś karpie i pomarańcze są na wyciągnięcie ręki, no i po świąteczne wydanie internetu też nie trzeba marznąć w kolejce.

Te wszystkie świąteczne wspomnienia, które tak w sobie pielęgnujemy, świadczą o czymś jeszcze – że najbardziej doceniamy udane, rodzinne święta po latach, wracając do nich wspomnieniami.
Życzę Państwu takich właśnie świąt Bożego Narodzenia, pełnych spokoju i ciepła, takich, do których później wraca się myślami w najlepszych wspomnieniach.

Sławomir Sowa

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.