Bóg doświadcza ją jak rzadko kogo, ale Marta się nie poddaje

Czytaj dalej
Fot. Krystyna Trzupek
Krystyna Trzupek

Bóg doświadcza ją jak rzadko kogo, ale Marta się nie poddaje

Krystyna Trzupek

Marta Hamilton w wieku 21 lat dowiedziała się, że ma raka. Rok temu lekarze oświadczyli jej, że dalsze leczenie nie ma sensu, medycyna jest bezradna. Mimo choroby zakochała się i wyszła za mąż. Miesiąc po ślubie zginął jej mąż - Brandon. Dwa miesiące później rodzice. Dziś 24-latka pogodziła się ze swym losem, bo odnalazła sens życia w pomaganiu innym.

Ma pani 22 lata, silny organizm, ale my nie jesteśmy już nic w stanie zrobić, medycyna nie pomaga takim przypadkom, bo... to nie ma sensu - powiedział onkolog do Marty Hamilton z Zielonek pod Krakowem. Do ręki wcisnął jej skierowanie do psychologa.

- Przykro nam, nic więcej nie możemy już dla pani zrobić - dodał.

Choroba jak wyrok

Rok 2013. Marta dostała się na wymarzone prawo. Przeprowadziła do Krakowa. Przyszłość jawiła się w kolorowych barwach, nęciło studenckie życie. Do lekarza wybrała się z powodu bólu żołądka. Podczas gastroskopii okazało się, że to guz. W trakcie kolejnych operacji wycięto jej żołądek, śledzionę, węzły chłonne. Wydawało się, że na tym koniec, że będzie już dobrze. Niestety, po dalszych badaniach wykryto, że to nie były główne ogniska raka, tylko przerzuty. Rak był zlokalizowany w trzustce. Przerzuty były już do kręgosłupa i wątroby.

- Usłyszałam od lekarza, że mój przypadek jest beznadziejny, że leczeniem jedynie osłabię organizm - wspomina dziewczyna. - Miałam 22 lata, a lekarze odmawiali mi leczenia, jakbym miała tak po prostu przeżyć resztę życia z poczuciem, że walka nie ma sensu. Od tego czasu nie chodzę do lekarza, wolę nie wiedzieć, co się dzieje... - dodaje.

Marta o swojej chorobie nie powiedziała rodzicom. Nie chciała ich martwić. - Wiedziałam, jaka jest mama, przy mnie udawałaby twardą, a nocami płakałaby po kątach - podkreśla. O chorobie wiedział tylko jej chłopak - Brandon. On był jej podporą, siłą, motywatorem do walki...

Śmierć w górach

Poznali się w marcu 2013 roku, w klubie studenckim. Brandon przyleciał z Kanady w ramach wymiany międzynarodowej.

- Od razu wpadliśmy sobie w oko - uśmiecha się Marta. Rok później przeprowadził się na stałe do Polski.

Ślub mieli w bajkowej scenerii, nad morzem w Gdyni, bo tak to sobie wymarzyli. Tego roku zima była wyjątkowo sroga. W kameralnym gronie najbliższych, przy trzaskającym 20-stopniowym mrozie i morskim wietrze pastor mocno ściskał ich dłonie, a oni przysięgali sobie miłość, wierność, na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Nikt wtedy nie przypuszczał, że śmierć tak szybko upomni się o jedno z nich.

Miesiąc po ślubie Brandon ze swoim rodzeństwem i bratem Marty pojechali do Francji na narty. Ona miała do nich dolecieć za kilka dni.

- Marta, był wypadek, Brandon jest w szpitalu, ale nie martw się, to nic poważnego - usłyszała głos brata w słuchawce.

Dziewczyna złapała najbliższy lot i poleciała do Francji. Na miejscu okazało się, że Brandon jest nieprzytomny. Mężczyzna wyleciał z trasy i z ogromną prędkością uderzył w oblodzoną fałdę śniegu, zmieszaną ze stwardniałą ziemią. Wkrótce mózg mężczyzny przestał pracować.

- Wiedziałam, że coś było nie tak, ale lekarze nie mówili mi tego wprost - wspomina dziewczyna.

To był też okres, kiedy choroba Marty znów się odezwała ze zdwojoną siłą.

- Kiedy tylko tramadol zaczynał działać i byłam w stanie wstać z łóżka, biegłam do szpitala - opowiada.

Brandon odszedł w lutym, miał niespełna 26 lat.

Mamo, potrzebuję was...

W końcu rodzice Marty usłyszeli, że miała guza, ale że go wycięto i wszystko jest w porządku. - Dawkowałam im te newsy - wtrąca dziewczyna. - O mojej chorobie wiedział tak naprawdę tylko Brandon. Ale go już nie było. Ktoś powie, że miesiąc po ślubie nie ma czego przeżywać, przecież to tak krótki czas. Dla mnie to był najwspanialszy miesiąc w życiu - podkreśla Marta.

W marcu choroba znów dała o sobie znać. Podczas dwuetapowej operacji lekarze zmagali się z zaatakowaną przez nowotwór trzustką. W pustej szpitalnej sali nie było nikogo, kto by potrzymał ją za rękę. Rodzice nie mieli pojęcia, gdzie się znajduje, była przecież na studiach.

- Dzwoń do rodziców, powiedz, że ich potrzebujesz, nie wygłupiaj się. Przecież nikt w takiej sytuacji nie powinien być sam - radziła koleżanka.

Marta wyszła ze szpitala, ale nie chciała dzielić smutku i trwogi z najbliższymi. Długo biła się z myślami, czy zadzwonić, wiedziała, jak mama będzie to przeżywać, że się załamie. W końcu chwyciła za aparat. Rodzice akurat byli wtedy w Holandii u rodziny.

- Mamo, wracajcie, potrzebuję was - szepnęła do słuchawki.

Nie mówiła nic więcej, że jej stan zdrowia się pogorszył, że miała operację, że rokowania są kiepskie, ale mama po tonie głosu córki wyczuła, że jest źle. Nie pytała o nic.

- Córeczko, wracamy, będziemy za trzy dni, czekaj na nas - odpowiedziała.

Marta czekała. W końcu zadzwonił telefon. W słuchawce krótka informacja: Pani rodzice mieli wypadek, są w szpitalu w Niemczech - powiedział lekarz.

W drodze powrotnej na autostradzie strzeliła opona w ich samochodzie i z impetem uderzyli w barierkę, która przebiła auto na wylot. Nie odzyskali już przytomności. Tata zmarł kilka dni później, mamę lekarze wybudzali jeszcze przez trzy tygodnie.

Marta ślęczała przy łóżku mamy prawie cały czas, lekarze przeganiali ją z sali, ponieważ pobyt w szpitalnych salach nie był wskazany dla jej obniżonej odporności.

- Proszę się zastanowić, czy dalsze wybudzanie ma sens, mózg już nie pracuje, może lepiej pozwolić jej odejść - zapytał lekarz.

- To było już ponad moje siły... - wspomina dziewczyna.

Po jakimś czasie mama została odłączona od respiratora. Mama Ewa miała 50 lat, tata - Szymon był 3 lata starszy. Odeszli w kwietniu.

- Ktoś, kogo bardzo cenię, powiedział mi kiedyś, że los daje tyle, ile jesteś w stanie udźwignąć - uśmiecha się. Ale czasem chce się powiedzieć: Boże, czy aby trochę nie przesadziłeś? Na to pytanie nie ma odpowiedzi.

Żyć dla innych

- Człowiek żyje, zabiega o dobra materialne, lepszy dom, samochód, pracę, cały czas gdzieś pędzi, a później tak po prostu umiera… bez sensu - podkreśla dziewczyna. Dziś jesteś, a jutro już może cię nie być - zamyśla się Marta.

Nie pogodziła się z taką definicją życia. Odnalazła jego sens w pomaganiu innym.

- Wiem, mam przerzuty do kręgosłupa, wątroby, nerki... Zdaję sobie sprawę, że niedługo moje życie może się zakończyć, dlatego chcę pomagać tak długo, jak będę mogła… Bo o to w życiu chodzi - dodaje.

Tydzień temu 24-latka wystartowała w maratonie rolkowym na rzecz chorej Łucji z Limanowszczyzny, dla której Fundacja DKMS organizuje Dzień Dawcy Szpiku. W maratonie z grupą trzydziestu osób przejechali łącznie 1290 km. Udało się uzbierać sporą kwotę.

- To, że mogę komuś pomóc, napędza mnie do działania. Paradoksalnie, dziś z perspektywy czasu, dziękuję Bogu za ten dzień, kiedy lekarze bezradnie rozłożyli ręce. Za te nowe, krótkie cele życiowe, szybki przegląd własnych wartości i kolejnych marzeń - kwituje.

Pogodzona ze swym losem

Ale codzienność nie jest łatwa, zwłaszcza, kiedy trzeba się z nią zmagać samemu.

- Gdy rano Facebook pyta mnie „co słychać?”, najchętniej odpowiedziałabym: „dziękuję, w porządku”, a tymczasem prawda jest zupełnie inna - Marta smutnieje.

- Rozsypuję się kilka razy w miesiącu. Są takie momenty, że wsiadłabym do samochodu i rozwaliła się na byle jakim drzewie - przyznaje dziewczyna.

- Czas nie goi ran, daje tylko możliwość, by się z nimi oswoić. Im dalej od wypadku, tym bardziej wracają wspomnienia, tym bardziej boli strata najbliższych… Kiedy uświadamiasz sobie, że zostałaś sama, że nie ma obok nikogo, kto potrzyma cię za rękę i powie, będzie dobrze… - Marta ciągnie swoją opowieść.

Na co dzień dziewczyna robi aplikację w kancelarii. Z dnia na dzień odkrywa, że właśnie to chciałaby robić w życiu. Ale są też takie momenty, kiedy cały dzień spędza w łóżku, a wokół pełno porozsypywanych tabletek przeciwbólowych i brak sił do kontaktu z rzeczywistością.

Kiedyś codziennie boksowała się z życiem. Pytała: ,,Dlaczego?”. Dziś już tak nie jest.

- Pogodziłam się z tym. W pewien sposób oswoiłam ze śmiercią, przecież każdy z nas kiedyś umrze. A czy to będzie za 20 lat, za rok czy tydzień… Wiem, nie mówię jak typowa dwudziestokilkulatka - uśmiecha się pogodnie, widząc moją strapioną minę.

Jeszcze będę szczęśliwa

Starożytni Egipcjanie wierzyli, że gdy ich duch trafi do nieba, bogowie postawią mu dwa pytania. Odpowiedź na nie decydować będzie o przyjęciu lub nie do raju.

- Czy twoje życie uszczęśliwiło innych? - pytam Martę.

- Tak, szkoda tylko, że tak późno odkryłam sens życia, że żyje się po to, by móc komuś pomagać - odpowiada.

- Czy odnalazłaś radość życia? - zadaję drugie pytanie.

- Tak, przez chwilę miałam wszystko, wspaniałego męża, plany na przyszłość… - Marta zamyśla się. - Byłam szczęśliwa, ale nie tak, jak jeszcze będę - uśmiecha się.

Jest godz. 22. Żegnamy się i Marta pędzi na autobus. W ciemności jeszcze widzę jej ciemny plecak i koszulę w czerwoną kratkę.

Pomimo tej bolesnej opowieści nie jest mi smutno. Czy to ciepłe spojrzenie Marty, jej piękne oczy, z których mimo wszystko bił spokój i nadzieja?

Godz. 22.15. Dostaję od Marty SMS-a. „Uciekł mi bus, następny mam o 22.30. Zawiezie mnie tylko do połowy drogi, potem będę musiała sobie jakoś radzić. Ale w moim życiu przeszkody to coś naturalnego. Musisz je pokonać, by dojść do celu, nawet jeśli ma to być spacer 15 km o północy”.

Świat jest pełny takich cichych, anonimowych bohaterów. Ale na tym historia Marty jeszcze się nie kończy...

Krystyna Trzupek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.