Bał się aresztu, uciekł w Bieszczady. Tu nazwano go „Komandosem”

Czytaj dalej
Dorota Mękarska

Bał się aresztu, uciekł w Bieszczady. Tu nazwano go „Komandosem”

Dorota Mękarska

Nie wiadomo, jak „Komandos” długo by jeszcze pociągnął, gdyby nie policja. Gdy z samego rana funkcjonariusze zaskoczyli uciekiniera w jego nędznym obozowisku, ledwo trzymał się na nogach. Przetrwał w lesie dwie zimy, śpiąc w ciepłym popiele i żywiąc się tym, co ukradł.

Na początku nie było wiadomo, kim jest. Pojawił się w Bieszczadach na przełomie 2018/219 roku. Zaczęto widywać go przed zmrokiem i z samego rana. Wśród ludzi krążyły różne plotki. Mówiono, że to Słowak, związany niegdyś z armią, który ma problemy natury psychicznej. Nie wiedziano, gdzie przybysz mieszka. Podejrzewano że przychodzi zza południowej granicy, albo bytuje po polskiej stronie w którejś z ziemianek, które pozostały po wysiedlonych łemkowskich wsiach. Nikomu nie przyszło do głowy, że może mieszkać pod gołym niebem, bo zimy w Bieszczadach nie należą do łatwych.

Ludzie widywali go od czasu do czasu, a to ktoś spotkał go na drodze, a to w lesie. Niektórzy nawet do niego zagadywali, bo ludzie jak to ludzie, chcieli dowiedzieć się, kto zacz. Rozmawiał nawet spokojnie, mówił po polsku, bez żadnych naleciałości, więc legenda, że to dezerter ze słowackiej armii szybko odeszła do lamusa. Ksywka, którą nadali mu ludzie jednak została.

Przychodził, gdy się ściemniało…

Wkrótce „Komandosa” zaczęła otaczać czarna legenda, bo włamywał się do domków letniskowych oraz domów miejscowych i kradł żywność. Działo się to głównie w zimie i na wiosnę. W lecie nie było go raczej widać. Nie wiadomo, gdzie w tym czasie podziewał się.

– Przychodził, jak tylko się ściemniało. Patrzył, gdzie świecą się światła. Pojawiał się też z samego rana, jeszcze przed świtem – mówi o zachowaniu „Komandosa” mieszkaniec gminy Komańcza.

Wybierał domki stojące na uboczu i blisko lasu. Włamał się, nie bacząc na szkody, tak że bywało, iż narobił więcej ambarasu niż zdobył żywności. Pod koniec 2019 roku ludzie zaczęli oficjalnie zgłaszać włamania na policję.

Czasami, gdy obrabował jeden dom, szedł po sąsiedzku. Zdarzało się, że obłowił się znacznie, bo w niektórych domkach letniskowych zgromadzone były naprawdę duże zapasy żywności i to nie byle jakiej. Trafiały mu się przednie mięsa i wędliny, a od czasu do czasu i lepszy alkohol. „Komandos” nie pogardzał jednak i stojącym garnkiem z jedzeniem na tarasie, wystawionym przez gospodynię.

Podniósł broń do góry, by pokazać że ją ma

Niektórzy ludzie nawet nie zgłaszali tych kradzieży, bo żal im było biedaka, ale sprawy przybrały inny obrót, gdy rozeszła się informacja, że „Komandos” ma broń. Najpierw z domu w Kalnicy skradł długą broń myśliwską, którą przerobił na obrzyna, a potem w Woli Michowej replikę broni czarnoprochowej marki Remington. Razem z bronią zginęło 300 kul. Właściciel broni zgłosił ten fakt na policję. Jego zdaniem policja dopiero to zgłoszenie potraktowała poważnie, gdyż wcześniej pobłażliwie reagowała na sygnały mieszkańców.

Uzbrojonego „Komandosa” widział jeden z mieszkańców gminy Komańcza.

– „Przyszedł pod dom sąsiada. Bez zastanowienia wyszedłem z domu i pobiegłem za nim. Jak byłem z 10 metrów od niego, krzyknąłem – relacjonuje mężczyzna. – On odwrócił się do mnie i wymierzył w moim kierunku broń. Podniósł ją do góry, bym zobaczył, że ją ma.

Słowacka policja wypłoszyła rabusia

Mieszkaniec poszedł na policję. Ta podjęła próbę odszukanie „Komandosa”, ale choć użyto psa tropiącego, nie zdołano go odnaleźć. Przyjęto wówczas wersję, że uciekł na słowacką stronę.

Może i tak było, bo mieszkańcy gminy Komańcza twierdzą, że na Słowacji zrobiono na „Komandosa” wielką obławę. Tamtejsza policja go poszukiwała, bo dał się we znaki właścicielom domków myśliwskich, których zza południową granicą jest znacznie więcej niż po polskiej stronie, ze względu na rozwinięte tam mocno tradycje łowieckie. „Komandos” miał wymknąć się obławie, ale problemy u naszych sąsiadów spowodowały, że już więcej tam się nie zapuszczał.

Bał się aresztu, uciekł w Bieszczady. Tu nazwano go „Komandosem”

„Komandos” dał się złapać na fotopułapkę

Od tego czasu operował głównie w okolicach Komańczy, Woli Michowej, Maniowa i Łupkowa. W tej drugiej miejscowości dwa razy włamał się do jednego domu, więc zdenerwowani właściciele zawiadomili policję.

Kradzieży było coraz więcej, nic więc dziwnego, że ludzie zaczęli się niepokoić. Wiedzieli też, że „Komandos” dysponuje bronią. Obawiali się, że w sytuacji krytycznej, wystraszony, czy bardzo głodny, może pociągnąć za spust.

Właściciele domków zaczęli zakładać fotopułapki. Ponoć niektóre z nich „Komandos” zneutralizował, ale załapał się na dwa zdjęcie. Te zaczęły krążyć wśród mieszkańców gminy Komańcza, aż wreszcie trafiły do mediów, zaalarmowanych przez ludzi. Sprawa według mieszkańców była zamiatana pod dywan, gdyż nie chodziło o newralgiczny wschodni odcinek granicy.

Wykryto poszukiwanego przy pomocy drona

Po serii zgłoszeń i ujawnieniu przez media obecności nieznanego przybysza, policja zainicjowała postępowanie dotyczące szeregu kradzieży z włamaniem. Jednakże presja mieszkańców i mediów, spowodowała, że w styczniu 2021 roku podjęto bardziej zdecydowane działania. Tym razem bez problemu ustalono miejsce pobytu „Komandosa”. Prawdopodobnie dron wyśledził ognisko, przy którym grzał się poszukiwany.

Bał się aresztu, uciekł w Bieszczady. Tu nazwano go „Komandosem”

Do akcji przystąpili policjanci z Komendy Powiatowej Policji w Sanoku, oraz z uwagi, na to, że poszukiwano uzbrojonego człowieka, antyterroryści z Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego w Rzeszowie. Wspomagali ich funkcjonariuszy Straży Granicznej z Sanoka i Wetliny oraz służba leśna.

Spał z naładowaną bronią

„Komandos” spał tak mocnym snem, że dał się bez problemu podejść. Przypuszczalnie był osłabiony z zimna i głodu.
Jego obozowisko przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. Mężczyzna prowadził koczowniczy tryb życia, przemieszczając się z miejsca na miejsce. Za jedyne źródło ciepła służyło mu ognisko. By nie zmarznąć w nocy kładł się na rozgrzebanym, jeszcze ciepłym popiele.

Przy zatrzymanym ujawniono i zabezpieczono skradzioną broń wraz z amunicją oraz ręczne zapisko, być może jego autorstwa. Nie do końca wiadomo, o co w nich chodziło, ale miała to być quasi instrukcja na wypadek zagrożenia, zresztą dość kontrowersyjna. Zapiski mogły wskazywać, że „Komandos” ma problemy zdrowotne. Według nieoficjalnych informacji spał z naładowaną bronią.
„Komandos” spędzi 9 miesięcy w więzieniu

Ustalono jego tożsamość. Okazało się, że jest to Jan K., 38-letni mieszkaniec powiatu tarnowskiego. Mężczyzna był poszukiwany listem gończym wydanym przez Sąd Rejonowy w Tarnowie, gdyż uciekł przed odbyciem kary za kłusownictwo.

Prosto z lasu „Komandos” trafił do aresztu. To przed czym uciekał i tak go dopadło, bo w marcu sąd w Sanoku skazał go na karę pozbawienia wolności. Co prawda tylko na 9 miesięcy, ale dla człowieka, który wybrał egzystencję na skraju biologicznego przeżycia, zamiast ciepłego aresztu, to musi być dotkliwa kara.

Dorota Mękarska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.