American dream w łódzkim szpitalu

Czytaj dalej
Fot. Agnieszka Jędrzejczak
Agnieszka Jędrzejczak

American dream w łódzkim szpitalu

Agnieszka Jędrzejczak

Przyjechał z Kalifornii i chciał być śpiewakiem operowym, ale jego życie obrało zupełnie inny tor. Teraz jest lekarzem w Łodzi i myśli o zostaniu neurochirurgiem. Colin Fröhlich chce być polskim Amerykaninem.

Zawsze uśmiechnięty, z optymizmem patrzący na życie perfekcjonista. Jest pierwszym lekarzem w rodzinie, a powołanie do medycyny rozbudził w nim... chirurg, który operował jego chory bark po urazie podczas zapasów w liceum. - Był super, dlatego chciałem być taki on - mówi Colin Fröhlich z charakterystycznym dla siebie amerykańskim akcentem.

Lekarz, który chciał zostać śpiewakiem operowym

Medycyna wygrała z muzyką operową, bo przed przyjazdem do Polski Colin był śpiewakiem w Wiedniu. Pochodzi z Kalifornii, ale to w Łodzi postanowił studiować i wykształcić się na lekarza.

- W Stanach bardzo trudno jest dostać się na studia medyczne, poza tym są one bardzo drogie. Za cztery lata nauki trzeba zapłacić ok. 300 tys. dolarów.

Z kolei program anglojęzycznych studiów medycznych na łódzkim uniwersytecie jest znany w Unii Europejskiej, dlatego aplikowałem i udało się - mówi młody lekarz.

Colin Fröhlich jest lekarzem stażystą w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. WAM w Łodzi. Pochodzi z Kalifornii, ale to w Łodzi studiował i stawiał
Agnieszka Jędrzejczak Colin Fröhlich jest lekarzem stażystą w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. WAM w Łodzi. Pochodzi z Kalifornii, ale to w Łodzi studiował i stawiał pierwsze kroki w medycynie.

Łódzcy pacjenci mogą spotkać Colina na korytarzach szpitala im. WAM w Łodzi, gdzie kończy staż. To tu spełnia swój „american dream”, choć łatwo nie jest. Colin nie jest obywatelem UE, nie ma też słowiańskich korzeni, więc kiedy jego polscy koledzy dostają miesięczne wynagrodzenie ustalone przez resort zdrowia, on pracuje za darmo. Sam zapłacić musi też za sześć szkoleń, m.in. z orzecznictwa, ratownictwa medycznego i bioetyki, które polscy stażyści również mają za darmo. A to niemała suma, bo kilka tysięcy złotych. Mówi jednak, że zawsze walczy do końca, a jeśli trzeba, to nie waha się przebić głową muru. Z drobnym wyjątkiem. Poddał się... polskiej gramatyce, a właściwie odmianie przez przypadki.

- Jest stół, ale jest też „pod stołem” i „na stole”. To są trzy różne zwroty i tak z każdym słowem. Jestem perfekcjonistą, ale tutaj wymiękam. Myślę, że musi minąć jakieś 10, może 20 lat, żebym zaczął poprawnie mówić po polsku. To dla mnie trudniejszy język niż norweski, hiszpański czy niemiecki - przyznaje Colin.

Pacjenci jednak nie mają trudności ze zrozumieniem młodego lekarza. - Słyszą mój akcent i pytają skąd jestem, ale ja daję im pole do popisu i proponuję, by zgadywali. Mówią: Słowacja, Ukraina, Australia nawet, Anglia, Szwecja, Norwegia, Niemcy i Hiszpania, bo sugerują się nieco ciemniejszym kolorem skóry. Ale pozytywnie reagują na mnie i to jest przyjemne - mówi Colin. - Chciałbym być Polakiem, to moje ogromne marzenie. Spędziłem tu kawałek swojego życia i jestem gotowy tutaj żyć i pracować, zintegrowałem się z tym społeczeństwem.

Przyznaje, że w Stanach społeczeństwo jest zupełnie inne. Mocno wybija się rasizm, segregacja ludności ze względu na pochodzenie i stan życia. Tutaj czuje się bezpiecznie.

- Jeśli wracam do domu, najgorsze co może mi się przydarzyć to spotkanie kilku chuliganów, którzy będą chcieli mnie pobić. W Stanach mógłbym zostać zamordowany. Tutaj naprawdę czuję się bezpiecznie - mówi stażysta.

Młody lekarz ma już za sobą polski Lekarski Egzamin Końcowy oraz dwa z egzaminy medyczne w Stanach. W sierpniu będzie zdawał trzeci i ostatni. Amerykański United States Medical Licensing Examination jest znacznie trudniejszy i bardziej restrykcyjny do polskiego LEK-u. Tutaj przyszli lekarze mają cztery godziny na rozwiązanie pytań, a w Stanach odpowiadają dwa dni, przy czym ich obecność i tożsamość są weryfikowane m.in. odciskiem palca.

Lekarze w Polsce mogliby robić więcej, ale nie mają warunków

Colin dostrzega jednak największe problemy polskiej medycyny - brak pieniędzy na nowoczesne wyposażenie szpitali, leczenie i większe wynagrodzenia. Solidaryzuje się ze swoimi kolegami po fachu w postulatach, które oni propagowali podczas ostatnich protestów.

- Polska to kraj, w którym widzę postęp, ale lekarze mogliby robić znacznie więcej, gdyby było więcej pieniędzy. Zawsze słyszę, że ich brakuje. Szpital nie może dostać jakiegoś sprzętu, bo to kosztuje za dużo, a tu pracują bardzo zdolni i inteligentni ludzie, którzy potrafią robić najnowocześniejsze rzeczy, ale nie mają do tego warunków. Jestem zaskoczony, że tak to wygląda. Kiedy mówię, że mam zamiar tutaj pracować, słyszę, że lekarze mają drugą, trzecią pracę, by dorobić do pensji. Dla mnie to duży problem, bo za studia płaciłem, więc moja sytuacja jest dodatkowo trudna. Ministerstwo zachowuje się tak, jakby było przekonane, że ci którzy nie znają języka muszą tutaj zostać, więc i tak będzie miał kto pracować. Ale to prosta droga do „burnout” - wypalenia zawodowego. Bo jak lekarz może mieć cierpliwość dla pacjentów, jeśli ciągle męczy się w szpitalu i jest traktowany jak tania siła robocza, cały czas tylko zabiegi, później następna praca, chwila na sen. To jest niesprawiedliwe - opowiada Amerykanin.

Łódzcy neurochirurdzy wzorem do naśladowania

Po stażu młody lekarz musi zdecydować, w którą stronę pokierować swoją karierę medyczną, wybrać konkretną specjalizację i rozpocząć rezydenturę. Choć planów nie ma jeszcze sprecyzowanych, łódzcy lekarze z „WAM-u” zarazili go neurochirurgią.

- Mam kilka dziedzin, o których myślę. Zanim zacząłem staż, wykluczałem chirurgię z tych specjalności, którym chciałbym się poświęcić, ale w „WAM-ie” spędziłem sporo czasu u prof. Andrzeja Radka i prof. Macieja Radka.

Oni są super, w ich towarzystwie czułem się jak członek zespołu. Pokazali mi wszystko, a jeśli czegoś nie rozumiałem w języku polskim, to mogłem zapytać po angielsku. Bardzo szanuję czas, który spędziłem z nimi i teraz jak mam chwilę wolną to poświęcam ją na neurochirurgię. Fajnie byłoby być neurochirurgiem takim jak oni. W Stanach wiem, że nie mógłbym nim zostać, bo tam trzeba mieć czyjąś protekcję, mieć w rodzinie kogoś takiego, to zamknięte koło. Tutaj mam szansę iść w swoim wymarzonym kierunku, w towarzystwie ludzi, którzy pobudzają pasję do tego zawodu - mówi.

Agnieszka Jędrzejczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.