Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Adam Wójcik. Urodził się za wcześnie, odszedł zbyt szybko

Czytaj dalej
Fot. Fot. Tomasz Holod / Polskapresse
Michał Rygiel

Adam Wójcik. Urodził się za wcześnie, odszedł zbyt szybko

Michał Rygiel

Czego by o Adamie Wójciku nie napisać, i tak wydaje się, że to zbyt mało. To postać legendarna, idol wrocławskich kibiców, świetny koszykarz, ale przede wszystkim znakomity człowiek i wzór do naśladowania. Po prostu król Adam Wójcik.

Na początku wcale nie było pewne, że Adam Wójcik zostanie prawdziwą legendą wrocławskiej i polskiej koszykówki. Oglądając pierwszy raz w życiu mecz zadeklarował tylko, że kiedyś i jego pokażą w telewizji. W jakiej dyscyplinie? To jeszcze było do ustalenia, bo opcji pojawiło się kilka - od kolarstwa, przez piłkę nożną, po koszykówkę właśnie.

Na całe szczęście stanęło na tej ostatniej, dzięki temu mieliśmy okazję przez 25 lat zachwycać się grą najlepszego zawodnika, jakiego widział polski basket. Nie ma w tym krzty przesady, bo po niezwykle smutnych doniesieniach o śmierci Adama Wójcika koszykarskie środowisko mówiło jednym głosem - Adam Wójcik był najlepszy.

We Wrocławiu wiedzieli o tym od dawna. Na klatce schodowej w dawnym mieszkaniu popularnego „Oławy” jeden z napisów głosił po prostu „Adam is the best”. Paweł Kucharski, rzecznik prasowy Ślęzy Wrocław i współautor biografii „Rzut bardzo osobisty” przyrównał Śląsk i Wójcika z przełomu wieków do Beatlesów.

Rzeczywiście tak było - dziewczyny pisały do niego listy, piszczały na widok koszykarza o blond włosach. Robiły sobie niezliczoną ilość zdjęć, prosiły o autografy, o krótką rozmowę. A on przystawał, cierpliwie pozował i uśmiech nigdy nie schodził mu z ust. Zawsze miał czas dla fanów, czasami nawet miał go za dużo. Ponoć raz zdarzyło się, że po jednym z meczów gwiazd Polskiej Ligi Koszykówki, których był oczywiście głównym bohaterem, prawie odjechał bez niego autobus.

Kochało się w nim pół Wrocławia, a drugie pół próbowało naśladować. Wspominając „Wuja” kibice opowiadali, że na jego podobieństwo farbowali sobie włosy. Dzieci na Grabiszynie nie dawały mu spokoju, wołając go na chociaż chwilę wspólnej gry. Mówiło się, że gdyby nie eksplozja talentu Adama Małysza i jego niesamowite sukcesy, to właśnie koszykówka byłaby najbardziej popularnym zimowym sportem. A wszystko za sprawą mierzącego 208 centymetrów Wójcika, który prowadził Zepter Śląska Wrocław do największych sukcesów w historii klubu.
To dzięki skrzydłowemu wyprzedzającemu epokę i jego kolegom z zespołu Hala Ludowa podczas meczów z Maccabi Tel Awiw czy Panathinaikosem Ateny wypełniała się po brzegi.

Polskie środowisko koszykarskie oprócz zgodnego podkreślania, że „Oława” był najlepszy, nie ma też wątpliwości, że urodził się za wcześnie.

Dla polskiej koszykówki i historii Śląska Wrocław to było szczęście, bo kto wie, jak potoczyłyby się losy tej drużyny, gdyby Wójcik zamiast błyszczeć na parkietach w Bytomiu, Rudzie Śląskiej, Pruszkowie czy Włocławku podbijał areny NBA. Dla niego samego to zawsze był pewien niedosyt, niespełnione marzenie.

Wyprzedzał nawet NBA

Gdyby przyszedł na świat dziesięć lat później, mógłby zrobić w Stanach Zjednoczonych furorę. Miał warunki i, przede wszystkim, talent na miarę Dirka Nowitzkiego. Wójcik urodził się 20 kwietnia 1970 roku, „The Blonde Bomber” 19 czerwca 1978. Gdyby byli rówieśnikami, mogliby napisać świetną historię o wielkiej rywalizacji.

Ale niestety, Polak musiał zadowolić się testami w Los Angeles Clippers w 1993 roku, a Nowitzki ma na koncie mistrzostwo NBA, a także tytuły MVP sezonu zasadniczego oraz finałów. W dzisiejszych czasach Wójcik otrzymałby lukratywny kontrakt od paru klubów zza oceanu, bo ponad dwumetrowego zawodnika ze świetną techniką i rzutem z dystansu szuka się ze świecą. Brak masy, który mu wypominano, dałoby się nadrobić. Ale rzeczywistość była inna.

NBA była na początku lat 90. ligą dość zamkniętą na graczy z Europy. Gwiazdy kontynentalnego basketu takie jak Toni Kukoc w czasach Dream Teamu wchodziły z ławki rezerwowych, ustępując miejsca legendom amerykańskiej koszykówki. Wtedy przebić się było naprawdę ciężko, więc nic dziwnego, że Wójcik błyskawicznie został skreślony przez komitet trenerów z Los Angeles. Na pamiątkę został mu zestaw sprzętu, w tym spodenki Clipper-sów, w których wygrywał swoje pierwsze mistrzostwo Polski i te legendarne skarpetki z logiem NBA, które rozbudzały wyobraźnię kibiców.

- Nie było łatwo, bo ze względu na różnicę czasu czułem się, jakby ktoś mi kazał grać w środku nocy. Gdy po czterech dniach się przestawiłem, mój american dream dobiegał końca i trzeba było wracać do Polski. Na ostatnim treningu podaliśmy dane osobowe i kontaktowe, a oni powiedzieli, że zadzwonią. Może zadzwonili, ale wtedy nie miałem jeszcze telefonu - śmiał się Wójcik, wspominając testy z lata 1993 roku.

Talent od samego początku

Pozostał mu powrót do kraju, gdzie już od jakiegoś czasu był gwiazdą. Na ekstraklasowych parkietach występował już szósty sezon. Zdążył dwukrotnie zdobyć srebrny medal mistrzostw Polski, dołożyć jeden brązowy krążek, a do tego czterokrotnie znaleźć się w najlepszej piątce sezonu.

Trener Krzysztof Walonis od początku widział w Wójciku talent. Wiedział, że warto w niego zainwestować i spełniać jego prośby. Kiedy trzeba było załatwić pokój, bo fala w internacie okazała się zbyt silna, to trener Walonis zrobił co mógł, żeby wyciągnąć Adama z sideł nastolatków zajmujących się w głównej mierze gnębieniem młodszych.

Od najmłodszych lat szkoleniowiec Gwardii Wrocław niemalże na siłę wpychał młodego Adama na parkiet i dawał mu grać po dwadzieścia-trzydzieści minut w meczu, choć z początku nie wnosił zbyt wiele dobrego. Ale miał zdobywać doświadczenie w boju, żeby zrobić użytek z fenomenalnych warunków fizycznych. Wójcik rósł w błyskawicznym tempie, ale przypominał patyk, bo waga nie zwiększała się tak szybko jak wzrost. W przypadku Wójcika najpierw było widać nogi, a potem głowę. Tułowia za bardzo nie miał, dopiero potem się wyciągnął.

Karierę zaczął we wspomnianej Gwardii Wrocław. W barwach „Kaktusów”, czy też „pał”, jak się pejoratywnie określało milicyjny klub ze stolicy Dolnego Śląska toczył niezapomniane boje z tą wojskową częścią, Śląskiem.

Derbowa otoczka bardziej interesowała kibiców, jeden bardziej krewki nie bał się nawet rozbić nosa młodemu Wójcikowi. Jego samego, jak pisał po latach na swoim blogu, bardziej interesowało tylko jedno - żeby drużyna, dla której rzuca, wygrywała.

Miłośnik podniebnych popisów

Koszykówka nie była dla Wójcika wielką partią szachów, którą trzeba było rozegrać perfekcyjnie. Pierwszych punktów w karierze nie pamiętał, podobnie zresztą jak pierwszego spotkania w reprezentacji Polski. Uwielbiał popisy, zwłaszcza te podniebne. Wsady były ulubioną częścią jego koszykarskiego repertuaru. Wielokrotnie podkreślał, że bez nich jest jakoś tak nudniej.

Paczki „z plecaka”, czyli zza głowy najbardziej zapadały w pamięć fanów, bo trzeba przyznać, że były niezwykle efektowne. Robią wrażenie nawet teraz, dwadzieścia lat później, gdy amerykańskim koszykarzom zdaje się brakować pomysłów. Były pokazem nie tylko wyskoku, ale i siły, która drzemała w Wójciku. W 1995 roku podczas konkursu wsadów w Stalowej Woli roztrzaskał tablicę od kosza w drobny mak. Polski mistrz wsadów podpatrzył je na taśmie wideo, biorąc lekcje od Scottiego Pippena i Michaela Jordana. I choć nie grał na tej samej pozycji co ten drugi, to łączyła ich jedna zasadnicza cecha.

Tak jak w latach świetności „Jego Podniebnej Wysokości”, tak i w najlepszych momentach kariery Wójcika, gdzie by nie zagrał, tam był mistrzem. Między 1997 a 2007 rokiem wygrywał ośmiokrotnie. Doszło nawet do tego, że Mike McCollow, niegdyś trener Mazowszanki Pruszków stwierdził wprost: „Kto ma Wójcika, ten ma mistrzostwo”. A Adam był niezwykle skromny i chociaż poniższy cytat nie był bezpośrednią odpowiedzią na prawo McCollowa, jak się zwykło na stwierdzenie amerykańskiego trenera mówić, to jest idealnym opisem podejścia Wójcika do sportu.

- Gram w basket, a ponieważ gram jak gram, to jestem tam gdzie jestem, czy to w klubie, czy to w reprezentacji - mówił w swoim stylu. Skromnie, naturalnie, zwyczajnie. Bo co do tego, że mimo sławy, jaka towarzyszyła mu przez ponad dwadzieścia lat kariery pozostawał normalnym człowiekiem nie można mieć wątpliwości.

Ze ślubu... na trening

Znajdzie się spora grupa osób, które wzięłyby ślub po cichu, w sobotni poranek, w towarzystwie kilku najbliższych osób. Ale trzeba było być Adamem Wójcikiem, by na skromnej ceremonii o godz. 9.15 poślubić miłość swojego życia i chwilę potem popędzić do domu, żeby przebrać się w strój sportowy i pojechać na trening. Co więcej, tego samego dnia grał mecz i dopiero po nim przyznał się, że już nie jest kawalerem.

Zresztą początek znajomości z Krystyną Wójcik też ma koszykówkę w tle, bo po raz pierwszy spotkali się dzień przed meczem Stali Stalowa Wola z Gwardią Wrocław. Rozmowa potrwała krótko, zakończyła się zaproszeniem na ligowe spotkanie.

Tak zaczęła się pisać wspólna historia państwa Wójcików, pełna zwrotów akcji, jak w dobrym filmie. Od pani Krytysny wiele zależało, choć sama, tak jak mąż, była skromna. Jednak kto wie, czy bez jej udziału Wójcik dogadałby się z Maciejem Zielińskim.

Na początku dwóm wielkim (dosłownie i w przenośni) koszykarzom nie było po drodze. Biegali po różnych stronach parkietu, nie rozmawiali zbyt często, jeśli w ogóle. To nic dziwnego - przed połączeniem sił obaj cieszyli się statusem gwiazd polskiego basketu, aż tu nagle przyszło im zagrać w jednej drużynie. Wójcik przychodził do Wrocławia z renomą pierwszego Polaka, który zagrał w Eurolidze. Pozycja Zielińskiego we Wrocławiu była nie do podważenia.

Kto zatem miał być liderem, numerem jeden? Kres okresowi nieufności położyła właśnie Krystyna Wójcik. Panowie znaleźli wspólny język i stworzyli wspólnie z wieloma innymi postaciami wielki Śląsk Wrocław. Nie było problemu, żeby w zależności od sytuacji boiskowej grać „na Adama”, a czasem „na Maćka”. Obaj wywiązywali się ze swoich zadań bez zarzutu, jak na najlepszych przystało.

Wójcik wymierzał sprawiedliwość, gdy faulowano Zielińskiego i odwrotnie. Razem grali w oparach dymu tytoniowego w Za-darze, razem rozgrzewali się z zawodnikami Anwilu Włocławek, gdy pseudokibice gospodarzy obrzucali koszykarzy Śląska butelkami i śmieciami. To był objaw bezradności mieszkańców Włocławka. Inaczej nie mogli sobie poradzić z niesamowitą drużyną z Wrocławia. Stolicy polskiej koszykówki. Z Królem Adamem Wójcikiem na tronie.

Wójcika nie da się powstrzymać

Rywale mieli do niego niesamowity szacunek, nie byli w stanie powstrzymać dynamicznego koszykarza. „Musimy coś w końcu zrobić z tym Wójcikiem” - wściekali się przeciwnicy podczas rozgrywek europejskich. „W szatni zastanawiamy się głównie, jak powstrzymać Wójcika” - podkreślał trener jednej z krajowych drużyn. A blondyn z numerem 10 na koszulce po prostu robił swoje. Grał twardo, nieustępliwie, ale zarazem niezwykle elegancko i przyjemnie dla oka. Zawsze ku uciesze zebranych tłumów.

W tamtych czasach każdy chciał być Wójcikiem, Zielińskim, Tomczykiem, McNaullem. Adam podpisywał setki autografów, w tym czasem także… usprawiedliwienia szkolne. A reputację miał we Wrocławiu i okolicach taką, że nauczyciele je uwzględniali. Był prawdziwą gwiazdą popkultury w szalonym okresie przełomu wieków. Nie można nie wspomnieć przecież o „Sześciu dniach Strusia”, w których Adam Wójcik wystąpił w roli Adama Wójcika, najlepszego koszykarza w kraju.

Jedynego, który przekroczył barierę 10 tysięcy punktów w ekstraklasie. Jedynego, który dostał puchar za 150 występów w reprezentacji, choć oficjalnie miał ich na koncie 149. Drugiego za Dariuszem Parzeńskim jeśli chodzi o liczbę ligowych występów. Gdyby nie europejskie przygody, byłby najlepszy. Lecz w pamięci kibiców we Wrocławiu, ale też i w innych miastach Polski, nie było i nie będzie żadnego gdyby. Adam Wójcik był najlepszy.

Pożegnanie Adama Wójcika odbędzie się w sobotę o godz. 14 na Cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu. Rodzina prosi o nie składanie kwiatów oraz kondolencji po ceremonii. Wszystkich, którzy chcą uhonorować pamięć Adama, jego wolę i postawę życiową, prosi o oddawanie krwi do stacji krwiodawstwa i rejestrowanie się jako dawcy szpiku.

* W tekście wykorzystano fragmenty książki Jacka Antczaka „Rzut bardzo osobisty”

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Michał Rygiel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dzienniklodzki.pl

świąteczna obniżka o 50%

Świąteczna promocja prenumeraty cyfrowej na pół roku!

100,00 200,00

Wyjątkowa świąteczna okazja! Tylko do 27 grudnia prenumerata cyfrowa na pół roku kosztuje aż o połowę mniej. Skorzystaj i ciesz się pełnym dostępem!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.