Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Za dwóch zabitych gestapowców zamordowali w Zgierzu stu Polaków

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Polska Press
Anna Gronczewska

Za dwóch zabitych gestapowców zamordowali w Zgierzu stu Polaków

Anna Gronczewska

75 lat lat temu w Zgierzu odbyła się publiczna egzekucja 100 Polaków. Oglądało ją około 6 tysięcy ludzi spędzonych na plac Stodół.

Do tej zbrodni doszło 20 marca 1942 roku. Zabijając 100 Polaków, Niemcy chcieli się zemścić i wziąć odwet za zamordowanie dwóch gestapowców.

- To jedna z największych publicznych egzekucji jaka miała miejsce na ziemiach polskich podczas II wojny światowej - mówi Wojciech Źródlak, kustosz z Muzeum Tradycji Niepodległościowych Oddział Radogoszcz w Łodzi. - Można tu przywołać egzekucję, która miała miejsce w Wawrze. Wtedy w odwecie na zabójstwo dwóch Niemców rozstrzelano 107 Polaków. Przy czym egzekucja w Zgierzu miała miejsce na terenie Kraju Warty, a w Wawrze - w Generalnej Guberni. Można więc powiedzieć, że publiczna egzekucja w Zgierzu była największą w Kraju Warty, czyli na terenach wcielonych do III Rzeszy. Przy czym należy pamiętać, że w 1942 roku nastąpiło nasilenie niemieckiego terroru wobec Polaków. Można tu też przytoczyć historię z Kiełczygłowa. Tam w odwecie za zabicie Niemca zamordowano dziesięciu Polaków z radogoskiego więzienia.

Cała historia zaczęła się od Józefa Mierzyńskego, członka ZWZ-AK. Urodził się w 1906 roku w Starosielcach, które są dziś dzielnicą Białegostoku. Przed wojną służył w stopniu sierżanta w 10. Zgierskim Batalionie Pancernym. Po kampanii wrześniowej trafił do niemieckiej niewoli. Został z niej zwolniony i wrócił do Zgierza. Zamieszkał w Łodzi. Pracował jako kierowca. Zaczął działać w podziemiu niepodległościowym ZWZ - AK, ale gestapo wpadło na jego trop. Został aresztowany 6 marca 1942 roku. Jak wynika z dokumentów, przyznał się do posiadania broni. Powiedział też podczas przesłuchania, że poda miejsce jej przechowywania. Dwaj gestapowcy zawieźli go do Zgierza, na ul. Długą 54. Tam, na strychu, miała być ukryta broń. Józef Mierzyński pokazał w którym miejscu się znajduje. Potem, wykorzystując nieuwagę hitlerowców, chwycił za broń i strzelił do nich. Niemcy Erich Torno i Friedrich Lutz, zginęli, a Józefowi Mierzyńskiemu udało się uciec.

Wysłano za nim list gończy, a szef łódzkiego gestapo, Herbert Weygand oraz kierownik wydziału II zajmującego się zwalczaniem ruchu oporu, Erwin Kautter nakazali aresztować polskich oficerów i podoficerów z całej rejencji łódzkiej. Jak tłumaczono, ma to być tymczasowy środek odwetowy.

Na dawnym Placu Stodół w Zgierzu stanął pomnik upamiętniający ofiary hitlerowskiej egzekucji z 20 marca 1942 roku
Joanna Woźniak W tym domu Józef Mierzynski zabił gestapowców

Aresztowano też 250 mieszkańców Zgierza, w tym tych, którzy mieszkali w domu przy ul. Długiej 54. Wszystkich zgromadzono na terenie jednej ze zgierskich szkół powszechnych. Dokonano selekcji zatrzymanych zgierzan. Część z nich zwolniono, ale 149 mężczyzn i 12 kobiet przetransportowano do więzienia na Radogoszczu w Łodzi.

Zgodnie z rozkazem szefa łódzkiego gestapo, zatrzymano oficerów i podoficerów Wojska Polskiego. Nie tylko w Łodzi, ale też w Pabianicach, Łasku, Zduńskiej Woli, Sieradzu, Bełchatowie, Kaliszu, Łęczycy, Wieluniu, Kępnie, Ostrowie Wielkopolskim. W sumie zatrzymano 1813 osób, z tego 319 oficerów i podoficerów.

Herbert Weygand i Erwin Kauter wysłali do Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie raport o zastrzeleniu dwóch funkcjonariuszy gestapo. Podali w nim, że Erich Torno i Friedrich Lutze zostali zastrzeleni przez nieznanych sprawców. Wnioskowali, by odwecie zastrzelić 100 Polaków. Wniosek ten został zaakceptowany w Berlinie.

Niemcy postanowili, że publiczna egzekucja zostanie dokonana na Placu Stodół, w Zgierzu. Dziś to Plac Stu Straconych. W czasie wojny znajdowało się tam miejskie wysypisko śmieci. Miejsce egzekucji przygotowywali robotnicy ze zgierskiego magistratu. Nadzorowali to niemieccy policjanci. W tym samym czasie grupa więźniów Radogoszcza wykopała grób w Lesie Lućmierskim.

Już 20 marca 1942 roku, w godzinach rannych zaczęto sporządzać listę więźniów, którzy mieli zostać rozstrzelani. Mężczyźni przebywali w radogoskim więzieniu i przy ul. Sterlinga. Na miejsce egzekucji przewieziono ostatecznie 4 kobiety z więzienia przy ul. Gdańskiej. Była wśród nich Joanna, żona Józefa Mierzyńskiego.

Na dawnym Placu Stodół w Zgierzu stanął pomnik upamiętniający ofiary hitlerowskiej egzekucji z 20 marca 1942 roku
Archiwum Polska Press Plac Stodół to dziś Plac Stu Straconych

Stu więźniów zgromadzono na Placu Stodół i związano im ręce. Jednocześnie po Zgierzu zaczęła jeździć niemiecka policja. Policjanci wyciągali ludzi z mieszkań, tramwajów. Przywieziono też ludzi z okolicy Zgierza: Białej, Brużycy, Lućmierza, Strykowa. Wszystkich, w sumie około 6 tysięcy osób, sprowadzono na Plac Stodół.

Niemcy zabezpieczyli się na wypadek, gdyby ruch oporu chciał odbić zakładników. Wybrano 100 mężczyzn. Mieli zostać rozstrzelani, gdyby doszło do jakichkolwiek niepokojów. Zgromadzonych na placu Polaków pilnowało ponad 200 policjantów i kilkuset członków niemieckich organizacji paramilitarnych.

Po godzinie 10.00 na plac przywieziono więźniów. Na miejscu czekali już między innymi Friedrich ǛBelhör, prezes rejencji łódzkiej, Herbert Mess, landrat łódzki i szef łódzkiego NSDAP, Kurt Eifrig, burmistrz Zgierza, Hans Steinberg, szef Prokuratury przy Sądzie Krajowym w Łodzi, i wielu innych niemieckich dostojników.

- Będziecie mieli bezpłatne widowisko - tak przemówienie do zgromadzonych na Placu Stodół Friedrich Ǜbelhör, jego słowa tłumaczył Ludwik Kindlein z policji kryminalnej w Zgierzu. - W 1939 roku za zabicie jednego Niemca rozstrzelaliśmy dziesięciu Polaków, dziś za śmierć jednego Niemca zginie pięćdziesięciu Polaków, a następny przypadek tego rodzaju pociągnie za sobą śmierć stu Polaków za jednego Niemca.

W plutonie egzekucyjnym byli funkcjonariusze gestapo. Ze wspomnień świadków wynika, że skazanych wyprowadzano po piętnaście osób skrępowanych liną. Do jednej osoby strzelało dwóch członków plutonu egzekucyjnego. Po każdej salwie do leżących podchodził lekarz w mundurze SA i stwierdzał zgon. Czasem wskazywał żyjące ofiary. Wtedy umierających dobijali strzałem z pistoletu funkcjonariusze łódzkiego gestapo Alfons Nikolai Erwin Kauter. Gdy zakończono egzekucję, mężczyznom, którzy stali się zakładnikami kazano załadować ciała zamordowanych na samochody, a także posprzątać teren.

Zaraz po egzekucji, 20 marca 1942 roku, prokurator Hans Steinberg skierował do Prokuratora Generalnego Drendela w Poznaniu pismo informujące o przeprowadzonej egzekucji.

„Egzekucja została wykonana przez kierownika placówki gestapo w Łodzi w obecności prezydenta rejencji, licznych przedstawicieli państwa i partii, której formacje wzięły w niej udział”

- pisał w raporcie prokurator Hans Steinberg do Prokuratora Generalnego Drendela. „Władze sądowe były reprezentowane przez przewodniczącego sądu krajowego i niżej podpisanego. Wiele setek Polaków zostało przyprowadzonych pod nadzorem policji na miejsce egzekucji i obserwowało rozstrzeliwanie. Prezes rejencji wygłosił do nich wyjaśniające i ostrzegawcze przemówienie. Egzekucja zakończyła się o 10.55.”

Ciała zamordowanych przewieziono do Lućmierskiego Lasu. Pochowano ich w przygotowanym wcześniej grobie.

Przez wiele lat mówiono, że na Placu Stodół w Zgierzu stracono 100 osób. Ale z badań Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodnie Hitlerowskich w Łodzi wynika, że pojawiły się tu wątpliwości. Jeden z więźniów Radogoszcza, Stefan Obara, który pochodził z Żyrardowa, opowiadał, że był wytypowany do tej egzekucji. Był już w Zgierzu, gdy podszedł do niego jeden z funkcjonariuszy gestapo, wyciągnął go z szeregu, wsadził do auta i zawiózł do Łodzi, na ul Anstadta.

Na dawnym Placu Stodół w Zgierzu stanął pomnik upamiętniający ofiary hitlerowskiej egzekucji z 20 marca 1942 roku
Wikipedia Grób pomordowanych w Lesie Lućmierskim

- Prawdopodobnie był jeszcze potrzebny gestapowcom do prowadzenia śledztwa, którego jeszcze nie zakończyli - wyjaśnia Wojciech Źródlak. - Ale pojawiło się też zeznanie Antoniego Bardla, który był więźniem Radogoszcza wyznaczonym do kopania dołu w Lesie Lućmierskim, w którym zostały pochowane ofiary zgierskiej egzekucji. Twierdził, że w pewnym momencie z szoferki auta wyprowadzono mężczyznę o kulach. Został zabity i pochowany z innymi ofiarami. Tak więc wynika z tego, że stracono w sumie 100 osób.

Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi udało się ustalić listę osób zamordowanych 20 marca 1942 roku w Zgierzu.

- Nie były to przypadkowe ofiary - zapewnia Wojciech Źródlak. - Większość z nich stanowili członkowie ruchu oporu z Łodzi, Zgierza, Pabianic, Sieradza, Wielunia. Egzekucja miała charakter demonstracji. Chodziło o to, by zastraszyć Polaków.

Józef Mierzyński ukrywał się przez 2 miesiące. Złapano go w Będkowie. Padł ofiarą donosu. Za jego ujęcie Niemcy oferowali 5 tysięcy marek. Na Mierzyńskiego doniósł agronom z Łaznowa, który był konfidentem gestapo.

- Po wojnie go ujęto, ale zmarł w więzieniu na gruźlicę i nie doczekał procesu - wyjaśnia Wojciech Źródlak.

Józefa Mierzyńskiego skazano na karę śmierci. Został powieszony 30 maja 1942 roku w więzieniu przy ul. Kopernika, choć pojawiły się informacje, że został zabity podczas przesłuchania.

Na dawnym Placu Stodół w Zgierzu stanął pomnik upamiętniający ofiary hitlerowskiej egzekucji z 20 marca 1942 roku
Archiwum IPN Jedną z ofiar egzekucji był Władyslaw Dzierżyński

Wśród rozstrzelanych w Zgierzu było między innymi kilku prawników, nauczycieli, trzech harcerzy, ksiądz, dwóch dziennikarzy. Zamordowano na przykład mecenasa Kazimierza Kowalskiego, który od 1933 roku był prezesem Zarządu Miejskiego Stronnictwa Narodowego w Łodzi, a w 1937 roku z inicjatywy Romana Dmowskiego wybrano go prezesem Zarządu Głównego SN. 20 marca 1942 roku zginął też brat Kazimierza Kowalskiego, Bolesław. Rozstrzelano również Leona Trellę, dziennikarza Dziennika Bydgoskiego, Kuriera Poznańskiego. Wtedy też zginął Władysław Dzierżyński, brat Feliksa.

Władysław Dzierżyński, cztery lata młodszy od swojego brata Feliksa, słynnego kata sowieckiej bezpieki, wybrał zupełnie inną drogę życia. Skończył medycynę na uniwersytecie moskiewskim. Po odzyskaniu niepodległości wstąpił do Wojska Polskiego, otrzymał stopień podpułkownika, został ordynatorem w 10. Szpitalu Wojskowym w Przemyślu. Tu też rozpoczyna pracę nad pierwszym polskim podręcznikiem akademickim do neurologii, którego pierwszy tom ukazał się w 1925 roku. Dr Dzierżyński przeniósł się najpierw do Krakowa, a w 1930 roku do Łodzi, gdzie został ordynatorem oddziału neurologicznego nowo otwartego szpitala Kasy Chorych im. Ignacego Mościckiego. To dzisiejszy szpital im. Barlickiego przy ul. Kopcińskiego. Jednocześnie był ordynatorem oddziału neurologicznego w 4. Okręgowym Szpitalu Wojskowym przy ul. S. Żeromskiego. W swoim domu przy u. Traugutta 5 podjął prywatną praktykę. W roku 1933 został zastępcą członka Tymczasowego Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. Trzy lata później wszedł do grona współzałożycieli oddziału łódzkiego PTN, którego został pierwszym przewodniczącym. Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej Władysław Dzierżyński przeprowadził się na Julianów. Kupił tam dom przy ul. Orzeszkowej 7.

Po wybuchu wojny profesorem nie zainteresowali się wkraczający do Łodzi Niemcy, choć został usunięty z kierowniczych stanowisk w szpitalach. Być może dlatego, że określał swoją narodowość jako białoruską, a w tym czasie Niemcy byli sojusznikami ZSRR.

Na dawnym Placu Stodół w Zgierzu stanął pomnik upamiętniający ofiary hitlerowskiej egzekucji z 20 marca 1942 roku
Archiwum Polska Press Na dawnym Placu Stodół w Zgierzu stanął pomnik upamiętniający ofiary hitlerowskiej egzekucji z 20 marca 1942 roku

- Uratowało go to przed aresztowaniem podczas dużej akcji represyjnej łódzkiego gestapo przeciwko inteligencji Łodzi i okręgu łódzkiego w listopadzie 1930 roku - wyjaśnia Wojciech Źródlak. - Przez długi czas w historiografii łódzkiej AK utrzymywano, że był pierwszym szefem Służba Zdrowia Okręgu AK w Łodzi. Nie znajduje to jednak potwierdzenia w dotychczas znanych dokumentach. Niewykluczone jest jednak, ze profesor miał kontakty z konspiracją akowską. Podobno posługiwał się pseudonimem „Właduś”.

Świadczy o tym to, że został aresztowany 12 lub 13 lutego 1942 roku podczas wielkiej wpadki łódzkiej AK. Nie uchroniły go koneksje z Feliksem, bo ZSRR był już w stanie wojny z III Rzeszą.

Profesora umieszczono najpierw w więzieniu łódzkiej policji przy ul. Sterlinga. Stamtąd przeniesiono go do obozu w Radogoszczu. Wojciech Źródlak mówi, że z nielicznych wspomnień współwięźniów wynika, prof. Dzierżyński przez cały czas wyróżniał się godną postawą. Niemcy wiedzieli, że był bratem Feliksa. Gdy wraz z innymi był wypędzany na apele, nie krył się przed ich razami, nie uciekał, lecz szedł spokojnie, z podniesioną głową. Taka postawa groziła śmiercią. Wielu innych więźniów w tej samej sytuacji zostało poważnie pobitych przez wachmanów. Nie ulega wątpliwości, że „chronił” go mit brata Feliksa.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Łódzkiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Łódzkiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Łódzkiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Anna Gronczewska

plus.dzienniklodzki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.